Karnawałowy lament poety |
|
|
|
| Autor: Asnyk Adam | |
| 15.01.2008. | |
|
O poezjo, ty nie grzejesz, A tu takie ciężkie mrozy! Dobrze jeszcze tym, co maja Ciepłe futra i powozy, Lecz nam, dzieciom Apollina, Strasznie zimno być zaczyna. Poezjami palić trzeba, Drzewo bowiem podrożało, A te dużo daja dymu, Ale za to ciepła mało. Najognistsza palac odę Zamroziłem w piecu wodę. O szczęsliwy ten smiertelnik, Co się zrodził milionerem, Co przy cyfrze swego mienia Jest ostatnim wielkim zerem, Bo on własnie o tej porze Jest u hrabstwa na wieczorze. W salonowej dam cieplarni, Posród kwiatów egzotycznych, Sam zakwita purpurowo Przy libacjach ustawicznych I podziwia dziewic grację Oczekujac na kolację. Tak mu dobrze, tak mu ciepło: Hrabia jemu rękę sciska, A hrabina, ta z nim tańczy; Panny chca go widzieć z bliska, Robiac przy tym spostrzeżenie, Że ma piękne ułożenie. Blaskiem spojrzeń czarujacych On się piesci i ogrzewa, A ja z domu uciec muszę, Bo mi całkiem brakło drzewa. Poetyczna wena skrzepła Trza u ludzi szukać ciepła. Pędzę szybko przez ulicę, Palto wiatrem mam podszyte; Jest to smutna ostatecznosć Isć się ogrzać na wizytę; Ale cel uswięca srodki; A więc idę grzeczny, słodki... W jednym domu, w drugim domu Odpowiada mi służacy, Że dzis państwo sa na miescie Na herbacie tańcujacej. Na to tylko ten karnawał, Żebym ludzi nie zastawał! Aż nareszcie, gdy skostniałem, O radosci! o rozkosze! W jakim czwartym, piatym miejscu Lokaj mówi: Państwo prosza. Gdybym był, ach, demokrata, Usciskałbym jego za to. Wchodzę spiesznie do salonu: Cieplej niby niż na dworze, Ale pani jakas kwasna, Panna także nie w humorze I chłód wieje nieustanny Z twarzy pana, pani, panny. A rozmowa, jak po grudzie: To podskoczy, to ustanie, Choć dom cały błyszczy w swiecie Przez wykwintne wychowanie I w ogólnym tu pojęciu Jest przybytkiem muz dziewięciu. Rozmawiamy więc o wszystkiem: O Bulwerze i Kaulbachu, O muzycznym towarzystwie, O Mozarcie, Glucku, Bachu, O Alhambrze i Walhallii I tam dalej, i tam dalej. Panna bowiem co minuta Z ust wyrzuca wielkie imię. Ja powtarzam, ale widzę Na fotelu pan już drzymie. Chcę odchodzić, gdy wtem matka Mówi do mnie: Jest herbatka. Ach, herbata, ta herbata, Co podaja nam we Lwowie! Ta nikomu wyjsć nie może Na pożytek i na zdrowie: Biedny jestes, nieboraku, Co ja pijesz bez araku. Trzeba było jednak spełnić, Ocukrzona czarę do dna, Szczęscie jeszcze, że na druga Prosić tutaj rzecz nie modna. Nie odniosłem zatem szwanku: Cieplej było po rumianku. Aż tu, widzę, panna idzie Z mina dziwnie zamyslona I przynosi wielka księgę, Bardzo ładnie oprawiona; Z trwoga patrzę się tajemna, Że ja kładzie tuż przede mna. I wspierajac się o stolik, Z wielkim wdziękiem się kołysze Mówiac do mnie: Ja słyszałam, Że pan zdolnie wiersze pisze, Do albumu więc mojego, Pan wymysli co ładnego. Jest tu dużo wielkich ludzi Gapczykiewicz, Totumfacki I ten Gucio, co to robi Lepsze wiersze niż Słowacki. Tylko brak mi jeszcze pana, Ale jego grzecznosć znana... Ha, co robić! Za herbatę Trzeba album wziasć przez grzecznosć! I powracać z nim do domu Smutna, smutna ostatecznosć! Tak więc dzwigam wielka księgę Klnac te mrozy na potęgę. Spać za wczesnie - to mię zmusza Do miejskiego wejsć kasyna I spotykam mego krawca, Co o dług się upomina; A tam krawcy znacza tyle, Co w Egipcie krokodyle...
zabawki dla dorosłych |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


