Legenda pierwszej miłosci |
|
|
|
| Autor: Asnyk Adam | |
| 15.01.2008. | |
|
Ja ja kochałem, tak mi się zdaje, Bo cudna była w szesnastej wiosnie: Umiała patrzeć na mnie mołosnie I rwać mi serce w nadziemskie kraje. A więc w jej oczach pełnych tęsknoty Tonałem wzrokiem i tak na jawie sniłem o różach, które ciekawie Ponad jej włosów wybiegły sploty, Tak że je zrywać ustami chciałem, I byłbym przysiagł, że ja kochałem! Ja ja kochałem, ach! jestem pewny! Bom często bładził w noc księżycowa, Przypominajac mojej królewny Każde spojrzenie i każde słowo. A w gwiazdy patrzac w pół nieprzytomnie, Widziałem usta zwrócone do nie, Że aż mnie brała wielka pokusa, W wonne powietrze rzucić całusa. Lecz się obrazić skromnej lękałem, I dosć mi było, że ja kochałem... Miłosć to była, lecz taka cicha, Że sam przed soba bałem się zdradzić, I tylko kwiatków szedłem się radzić, czemu dzis smutna i czemu wzdycha? Ale o serca jej tajemicę Nie chciałem nawet lilii zapytać. A gdy w ogrodu weszła ulicę Stałem, nie smiejac wzrokiem jej witać, I tylko do nóg upasć jej chciałem, Kiedy w jej oczach łezki dojrzałem... Bo przypuszczałem, że smutek rzewny, Rozlany na jej anielskiej twarzy, Wypłynał z serca i siadł na straży... Tak przeczuwałem, nie będac pewny, I sam już nie wiem, jak to się stało, Że zapytałem drżacy, niesmiało. Co jest jej smutku dziwna przyczyna? I czemu łezki po twarzy płyna? Na to odszekła smutnymi słowy: Że nie ma swieżej sukni balowej... Chociaż wyrazy te obojętne, Upadły szronem, co serce ziębi, Ale jej oczy mówiły smętne, Że się mysl inna kryje gdzies głębiej. Więc pomyslałem, żem był za smiały, I chcac złagodzić moja zuchwałosć, Balowej sukni chwaliłem białosć, W która się stroi krzak róży białej; Chwaliłem ciernie, które jej bronia Przed zbyt ciekawych natrętna dłonia. Jednak już potek częsciej mysl płocha Tracała skrzydłem w błękit mych marzeń I z różnych rozmów, sprzeczek i zdarzeń, Stawiałem wnioski: kocha? nie kocha? I z tym pytaniem, jak Hamlet nowy, Chodziłem długo w ranek majowy. A kwiaty wonia, drzewa szelestem, Odpowiadały: kocham i jestem! Nim powtórzyłem setne pytanie, Wybiegła wołać mnie na sniadanie. Różowa ze snu, w słońcu przejrzysta, Stała przede mna jasna i czysta. Zamiast brylantów na złote włosy Jasminy kładły kropelki rosy, I tak oblana swiatła otokiem Jeszcze mnie swoim paliła wzrokiem. A ja zmieszany mówiłem do iej O drzew szelescie i kwiatów woni, Lecz ja znudziła moja rozprawa, Bo rzekła: "Chodz pan, wystygnie kawa". Oj, oj, figlarko! - myslałem z cicha, Nie chcesz mnie słuchać na głos i w oczy, Za to twój usmiech mówi uroczy, I piers, co mocniej teraz oddycha. Nie chcesz mnie słuchać, bo w serca drżeniu Czujesz, że staniesz cała w płomieniu, Gdy ci wypowiem z schylona twarza Słowa, co w ustach moich się waża... Wtem ona, widzac, żem zadumany, Rzecze: "Pan jestes dzis niewyspany". I tak mię nieraz mała psotnica Zbijała z toru krótkimi słowy. Jam się w anielskie wpatrywał lica I w usta pełne niemej wymowy, I mysl czytałem, co z oczu strzela. A serca mego tamujac bicie, Czułem, że nic nas już nie przedziela, Że toniem razem w marzeń błekicie, Lecz gdy się tylko spojrzałem tkliwiej, Pytała: "Czemu pan się tak krzywi?" Raz, ach! - powziałem mysl dosyć smiała: Ukrasć jej z albumu karteczkę biała I na niej wszystko wypisać szczerze, Co mnie ochota powiedzeć bierze. A więc ubrałem w urocze farby Cała jej postać czysta powiewna, I wysypałęm końcóewek skarbt, Bymiłosć moja uczynić spiewna: Słowem, jak młody poeta liryk, Wpisałem wierszem jej panegiryk. Gdy to odkryła, chciałem uciekać, Ale przemogła trwogę ciekawosć, I już wolałem przy iej zaczekać, sledzac na twarzy wrażeń jaskrawosć. Ona czytała uważnie, zwolna, Głębokich wzruszeń ukryć nie zdolna, A gdy zdumienie minęło pierwsze, Rzekła: "Pan także pisuje wiersze? Szkoda, że kartkę odjać wypadnie, Bo pan tak pisze krzywo, nieładnie!" Zrazu to nieco mnie zabolało, Że mnie tak zbyła lekko, złosliwie. Ale myslałem: ja się nie dziwię, Że moje wiersze ceni tak mało. Ona - to jeden poemat cały! A moje wiersze pełne wyrazów Pustych i ciemnychm mglistych obrazów, Które w jej oczów blasku stopniały... Nie umiem oddać tego, co roję... Ona piękniejsza niż wiersze moje! I coraz bardziej i coraz więcej, O jej prostocie myslac dziecięcej, Pytałem siebie, czy jestem godny TAkiej miłosci czystej, łagodnej? Lecz czułem tylko, że byłbym dla niej Gotów me życie poswięcić w dani I byłbym rzucił wszystko, gdy trzeba, I poszedł za nia prosto do nieba, I byłbym poszedł za nia do piekła... Gdyby nie... była z drugim uciekła... Adam Asnyk 1868
bielizna Ledapol |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


