Marzenie poranne

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Asnyk Adam   
15.01.2008.



Siedziała w ogrodzie w pół swietle, w pół cieniu,
Przy blasku wschodzacej jutrzenki,
Wsród ciszy porannej oddana marzeniu,
Słuchajac słowika piosenki

Marzyła o szczęsciu, miłosci - tak trocha,
Bo o czymże możnaby innym?
Wszak każda dziewczyna, choć jeszcze nie kocha
Marzeniem się bawi niewinnym.

Tęsknota, niepokój i dziwne żadania
Nieznanych a słodkich upojeń
Budziły w jej sercu odblaskiem switania
Girlandy tęczowych urojeń.

I piła skwapliwie te wonie, te fale
Powietrza, co piers jej wznosiły,
I mocniej błyszczały jej ustek korale
I żywiej się oczy paliły.

Patrzyła na kwiaty, co jasne z usmiechem
Skłaniały kielichy miłosnie
I dzielac się wonnym rozkoszy oddechem,
Szeptały o szczęsciu i wiosnie.

Widziała konwalię dziewicza, jak drżała
Łzy lejac z drobnego kielicha
W objęciach wietrzyka, a choć tak niesmiała,
Jednakże cos pragnie i wzdycha.

A dalej narcyzy, tak piękne, urocze...
Że musza samotne pozostać -
Więc główki zwiesiły nad wody przezrocze,
scigajac odbita w niej postać.

Tam znowu fiołki kryjace się w trawie...
Tak dobrze tej cichej rodzinie!
Nie mysli o próżnej wielkosci i sławie,

Lecz żyje dla siebie jedynie.

Tak marzac o kwiatach i tonac w marzeniach
Oparła na ręku głowę,
I chmurki sledziła w słonecznych promieniach
To srebrne, to wszystko różowe.

Wtem widzi zdziwiona, że z słońca promieni,
W jej oczach gmach staje złocisty,
Z kopuła szafirów, z scianami z zieleni,
A cały jak kryształ przejrzysty.

Kolumny - to palmy, splecione w arkady
Przez liany i bluszcze wiszace,
Schodami - srebrzyste sciekaja kaskady,
Posadzka - mozaiki lsniace.

I widzi strwożona, jak kwiatów kielichy
Ludzkimi ja mierza oczami,
I widzi rój sylfów skrzydlaty i cichy,
Jak igra w powietrzu z tęczami.

A jeden z narcyzów rosami wilgotny
W pięknego młodzieńca się zmienia,
Lecz skrzydeł nie dostał i usiadł samotny
Nad brzegiem srebrnego strumienia.

I widzi wzruszona, jak wiatrom się skarży:
Że nie ma na swiecie nikogo...
I słyszy westchnienia i w myslach się waży,
A tak jej smutno i błogo.

Nad litosć nic nie ma na ziemi swiętszego
Więc litosć skłoniła dziewczynę,
Że wstała powoli i podeszła do niego
Zapytać o smutku przyczynę.

Słyszała, jak przez sen wyrazy namiętne,
Co spiewnym piesciły ja echem,
I oczy widziała tak piękne, a smętne,
Że odejsć byłoby, ach! grzecham.

Słyszała, jak mówił: "Ty jestes wybrana
By nowe ukazać mi życie,
I duszę na wieczna tęsknotę skazana
W niebiańskim pograżyć zachwycie.

Ty jedna, ach możesz, na ziemi, ty jedna!
Odnalezć mi nieba podwoje,
Twa miłosć nam władzę cudowna wyjedna,
I skrzydła dostaniem oboje."

To wszystko słyszała, jak w sennym marzeniu,
Uciec i zostaćby chciała,
Aż wreszcie uległa słodkiemu wzruszeniu
I rękę niesmiało podała.

Podała i nagle spostrzegła z podziwem,
Że leca oboje dłoń w dłoni,
Złaczeni swych skrzydeł tęczowym ogniwem
W obłoku jasnosci woni.

A wszystko się przed nia roztapia w blask słońca
Piers sama oddycha rozkosza,
Kraina cudowna, bez końca, bez końca,
A skrzydła ja w górę unosza...

I płyna wciaż razem w błękitne etery
Po szlakach przestrzeni gwiazdzistych,
A piesni nadziemskie spiewaja im sfery
O ducha pragnieniach wieczystych.

Więc czuję, że serce wyrywa się z łona,
Że nadmiar uczucia piers tłoczy,
Wsród jasnych błękitów, gwiazd złotych stęskniona
Na niego podniosła swe oczy.

I wzrokiem spoczęła w młodzieńca spojrzeniu,
Co serca płynęło falami.
I w sennej ekstazy bezbrzeżny pragnieniu
Ust jego dotknęła ustami.

Wtem wszystko przepada... i widzi o dziwy,
swiat jasnych urojeń zniknony!
I siebie zmieniona w krzak brzydkiej pokrzywy,
A młodzian stał w oset zmieniony.

W rozpaczy i wstydzie chce płakać... Nie zdoła,
Co będzie nieszczęsna robiła?
Wtem słyszy z radoscia, że matka ja woła,
I nagle się ze snu zbudziła.

I poszła zapytać do matki, co znaczy
Sen dziwny o takiej przygodzie?
A matka z usmiechem swej córce tłumaczy,
Że marzyć nie trzeba w ogrodzie.


Adam Asnyk
1869



wibratory
Nikt się mistrzem nie rodzi.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »