Noc pod wysoka

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Asnyk Adam   
15.01.2008.



Wieczór się zbliżał, a nad nasza głowa
Wciaż wyrastały prostopadłe sciany
I wciaż się zdawał oddalać na nowo
Wierzchołek w słońca promieniach kapany:
Więc trzeba było mysleć o noclegu,
Zanim nas zdradne ciemnosci zaskocza
Na skał urwanych przepascistym brzegu.

Własnie się naszym ukazała oczom,
Wcisnięta między dwa ramiona góry,
Kotlina, pełna granitowych łomów,
Które z daleka sterczały, jak mury
Zdobytej twierdzy lub zburzonych domów.
Była to naga, posępna kotlina,
Cieniem dwóch groznych wierzchołka piramid
Pokryta. - W głębi toń jeziorka sina
I mchu na głazach zielony aksamit...
Zreszta ni trawki, ni krzewu - jedynie
Woda i głazy, i mchy w rozpadlinie.

Tu na jeziora zeszlismy wybrzeże,
Między zwalone bryły granitowe,
By obrać sobie ciche na noc leże
I mech jedwabny podesłać pod głowę
W miejscu, gdzie wielkie głazy pochylone
Od nocnych wichrów dawały osłonę.
Na niebie jeszcze dzień panował biały,
A słońce, góry zasłonięte grzbietem,
Barwiło w szczytach wyzębione skały
Złotem, purpura albo fioletem...
Czasu dosć było do zmierzchu. Usiadłem
Tuż nad zmrożonym jeziorka zwierciadłem,
Co z brzegów w sniegi oprawne i lody
W dali marszczyło czerniejace wody.
Patrzałem: jako w pracy nieustannej
Fala srebrzysta powłokę podmywa,
Aż tafla lodu, dzwięk wydajac szklanny,
Pęka i dalej z szelestem odpływa;
Patrzałem: jako na posępnej toni
Kra oderwana kraży wkoło brzegu,
Jak jedna druga potraca i goni,
Na trud próżnego skazana obiegu...
I żałowałem, że się próżno kręci,
Przypominajac sobie ludzka dolę,
W której, ach nieraz, wszystkie dobre chęci
W zaklętym musza obracać się kole...

Tymczasem dołem gęstsze cienie rosły,
Bory zsiniały pod mgieł mleczna szata
I szczyt nad głowa zagasnał wyniosły:
Pobladł i barwę przyjał popielata.
Wraz z znikajaca jasnoscia promienna
Ostatnie życia uchodziły slady...
Mrok zwiększył martwosć pustkowia kamienna
I obszar zastygł, posępny i blady,
I swym straszliwym przytłoczył ogromem
Mysli zbłakane w państwie nieruchomem.
Geniusz tych wyżyn, surowy i grozny,
Powstał z przepasci mierzac mnie oczyma;
Swego oddechu słał mi powiew mrozny
I naprzód rękę wyciagnał olbrzyma,
Rozposcierajac dokoła nade mna
Milczenie pustyń, nieskończonosć ciemna
I tę samotnosć zamarłego swiata,
Co dziwnym smutkiem ludzka piers przygniata;
Samotnosć, w której milczacym ogromie
Człowiek swa słabosć poznaje widomie
I chce się cofać przed nieznana moca,
Przed rozesłana na przepasciach noca,
Przed skrytych potęg gwałtownym objawem,
Przed niezbłaganym bezlitosnym prawem,
Przed rozpasanych żywiołów odmętem,
Przed nieswiadomym... tajnym... nieujętem...

Uczuciem takiej grozy pokonany,
Między zaciszne powróciłem sciany,
Gdzie towarzysze legli już strudzeni
Na mchu, pod dachem goscinnych kamieni;
I sam złożyłem głowę na posłaniu,
W półsennym teraz pograżon dumaniu.

Noc gęste mroki zapusciła wszędzie:
Nawet błękity niebios przezroczyste,
Oprawne dołem w czarnych skał krawędzie,
Stały się więcej ciemne, przepasciste,
I tylko owa błękitna ciemnotę
Gdzieniegdzie gwiazdy przetykały złote.
Ciemnosć rzuciła pomost przez otchłanie
I wyrównała wnętrza gór podarte;
Zostało jedno wielkie rusztowanie,
Zbitych granitów grzbiety rozpostarte,
Ponad którymi dwie wierzchołka wieże,
Dwa wyniesione ostrokręgi cieniu
Chwiać się zdawały w niebieskim eterze
Przy migotliwym drżacych gwiazd promieniu.
Cisza - a jednak w tej pozornej ciszy
Wsłuchane ucho ciagłe wrzenie słyszy,
Szmer nieustanny, na który się składa
Wszystko, co głosem z życia się spowiada:
I woda, która gdzies w szczelinie syczy,
I fal powietrza szelest tajemniczy,
I pękajacych głazów łoskot głuchy,
I wszystkie swiata na wpół senne ruchy.
Czasami skała u szczytu wiszaca
Stoczy się na dół i z przeciagłym grzmotem
O najeżone sciany się roztraca;
Huk długo echa powtarzaja potem...
Aż rozsypany głaz na drobne częsci
W wawozie gradem kamieni zachrzęsci.

I znowu wszystko wraca do spokoju;
Tylko, jak dawniej, szepcza z soba góry
Podmuchem wiatru i szemraniem zdroju;
I znowu płynie cicha piesń natury
W gwiazdziste sfery, w przestrzeń nieskończona,
Gdzie wszystkie piesni zdażaja i tona,
I tam się wiaże, i zlewa, i brata
Z cała harmonia zaziemskiego swiata.

W slad za ta piesnia mysli moje biegły,
Wyswobodzone z tłoczacej je grozy.
Wolny, choć prawom powszechnym podległy,
Duch mój wstępował na gwiazdziste wozy
I tracił z oczu ludzkich istnień chwile,
I wydeptany slad na ziemskiej bryle;
I zapominał o swojej obroży,
I o bolesci, co go we snie trwoży.
On się zanurzył w zródle wiecznie żywem,
Poruszajacym wielkie koło bytu;
Uczuł się jednym łańcucha ogniwem
Rozciagniętego przez otchłań błękitu;
On znalazł wspólne ognisko żywotów
I zwiazek z całym ogromem stworzenia,
Z wieczystym duchem, co mu podać gotów
Rękę z ciemnosci albo z gwiazd płomienia;
Więc w rozpostartej na przepasciach nocy
Już opuszczenia nie czuł i niemocy,
I mógł się poddać, jako drobny atom,

Tej twórczej mysli, co przewodzi swiatom,
I z nieodmiennym zgodzić się wyrokiem,
I odpoczywać, jak pod matki okiem.



bielizna Ledapol
Pieniądze leżą na ulicy.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »