Poeci do publicznosci

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Asnyk Adam   
16.01.2008.



Z pokora nasze pochylamy głowy

Przed twoim sadem, o publiko gniewna!

Bo chociaż wyrok bezwzględnie surowy,

Jednak jest słusznym w gruncie, to rzecz pewna;

I przyznać musim, że nasz chór harfowy

I nasza nuta szpitalno-cerkiewna

Z całym przyborem schorzałej fantazji

Jest dzis najgorszym rodzajem inwazji.

 

Po zgasłych wieszczach w ręce słabe, drżace,

Wzięlismy lutnie, w których piesń czarowna

Spoczywa w tonów ubrana tysiace,

Bolescia całych pokoleń wymowna.

Smutno nam słyszeć te echa mdlejace,

Smutno nam wiedzieć, że ta moc cudowna,

Potrzasajaca niegdys ludzi tłumem

Niezrozumiałym stała się dzis szumem.

 

Straszno nam strun tych dotykać natchnionych,

Co się prężyły jako serca żywe,

Co miały siłę rozbudzać uspionych

I smagać biczem umysły leniwe;

Straszno nam stanać wobec tych zniknionych,

Rozrzucajacych pięknosci prawdziwe,

I piesń podnosić wsród gawiedzi syków,

Piesń przygnębionych wstydem niewolników.

 

Znamy swa niemoc, węża, co nas dławi

I opasuje w swe skręty potworne;

Znamy ten obłęd, co nas z wolna trawi

I z piersi dzwięki dobywa niesforne;

Wiemy, że smieszni jestesmy, choć łzawi,

I tak bezkształtni, jako mgły wieczorne,

Ale uznajac wszystkie nasze winy,

Chcemy wam złego odsłonić przyczyny.

 

Jestesmy dziećmi wieku bez miłosci,

Wieku bez marzeń, złudzeń i zachwytu,

Obojętnego na widok pięknosci,

A więdnacego z nudy i przesytu,

Wieku, co wczesnej doczekał starosci,

Sam podkopawszy prawa swego bytu,

Wieku, co siły strwonił i nadużył,

Nic nie postawił, chociaż wszystko zburzył.

 

Wzroslismy także wsród dziwnego swiata,

Co się zapału i uniesień wstydzi,

Co każdym wzniosłym uczuciem pomiata,

I wszędzie szuka smiesznosci i szydzi;

Bawi go jeszcze arlekińska szata,

Lecz ani kocha, ani nienawidzi!...

I to jest nasze największe przekleństwo:

Otaczajace nas dzis społeczeństwo!

 

Jego bezduszna, chłodna atmosfera

Już od kolebki duszę nam otacza,

Dziewicza barwę szyderstwem z niej sciera,

Żadnej swiętosci marzeń nie przebacza;

Nic więc dziwnego, że ogień zamiera,

Że się fantazja krzywi i wypacza,

Bo tam, gdzie w sercach bezmyslnosć i biernosć,

Krzewić się może jedna tylko miernosć.

 

Każda epoka, co ze swego łona

Wydała piesni potężnej olbrzyma,

Nosiła wyższej idei znamiona,

Pewien wzór piękna majac przed oczyma,

I sama była miłoscia natchniona,

Drżaca jak lutnia, która spiewak trzyma,

I on dlatego wielkim być nie przestał,

Że miał słuchaczów serca za piedestał.

 

On zbierał tylko marzenia tęczowe,

Które duch ludu z piersi swej wysnuwał,

Tylko im polot dawał i wymowę,

Ujmował w kształty i w przyszłosć posuwał;

Więc kiedy stworzył potężna budowę,

Każdy jej wielkosć i prawdę odczuwał,

Bo znalazł wszystko tam ubrane w ciało,

Co w jego piersi niewyrazne tlało.

 

Potrzeba było młodzieńczego wieku,

Pełnego ognia, wrażeń i prostoty,

Wykarmionego na cudownym mleku,

Zbrojnego w wszystkie bohaterskie cnoty;

Potrzeba było, ażeby w człowieku

Wykwitła siła nadziemskiej istoty,

Co dumnym czynem w niebiosa się wdziera,

Ażeby wydać slepego Homera!

 

Potrzeba było dla niego tych czasów,

W których lud cały w piesni rozkochany

Słuchał jej chciwie wsród laurowych lasów

I uzupełniał watek podsłuchany.

I kiedy z długich pokoleń zapasów

Snuł się poemat wielki, niezrównany.

I gdy bohater i twórca rapsodu

Zarówno byli chluba dla narodu!...

 

I zawsze w wieków minionym pochodzie

Z duchem społeczeństw szli spiewacy w parze;

Co zakwitało w ludzkosci ogrodzie,

To piesń na swoje przeniosła ołtarze.

Grek hołdujacy jasnych bóstw urodzie

Znalazł swój liryzm pieszczony w Pindarze,

A ile ognia tlało w jego łonie,

Tyle rozkosznych brzmień w Anakreonie.

 

Tak samo znowu, gdy po nocy długiej

swiat się odmłodził wiara i krwia nowa,

Gdy barbarzyńskiej ciosami maczugi

Zgruchotał cała przeszłosć posagowa,

Kiedy cudownie odżył po raz drugi,

Z cała fantazja swieża, silna, zdrowa,

Zaraz zaswiecił podwójnym brylantem,

Wdzięcznym Petrarka i surowym Dantem.

 

Szekspir, gdy stanał na dramatu szczycie,

Miał pod nogami wielka ludzi wrzawę,

Wybuchajace namiętnoscia życie,

Wielkie gonitwy o miłosć i sławę.

A Goethe zastał mysl ludzka w rozkwicie,

Po złote runo wolnosci wyprawę,

Żadzę ziszczenia ideałów szczytnych

I uwielbienie wzorów starożytnych.

 

Lecz dzis gdzie znalezć jaki sztandar wielki,

Który by porwał małoduszne zgraje?

Wszechwładnej niegdys cudów rodzicielki:

Młodzieńczej wiary - swiat już nie wyznaje;

Nikt się nie zwraca do tej karmicielki,

Co sercom ludzkim wieczna młodosć daje,

I nie zostało nic z anielskich wizji,

Prócz niedowiarstwa albo hipokryzji.

 

Piętrza się jeszcze gotyckie swiatynie

I wieżycami pna się między chmury,

I dym kadzideł jeszcze w niebo płynie,

I lud się modli zimny i ponury;

Lecz nad tym jękiem, co bez echa ginie,

Nie ulatuje anioł srebrnopióry

I w chore serca pociechy nie leje,

I chłód smiertelny z ciemnej nawy wieje...

 

Zabrakło wiary, zabrakło płomienia,

Który ożywiał niegdys mężów dawnych,

Zabrakło cudów, zbrakło pokolenia,

Co cud miesciło w piersiach w stal oprawnych;

Dzisiaj choć widzi m smutne poswięcenia,

Choć widzi m ludzi krwia swa marnotrawnych,

Przecież to wszystko tak marnie opada

Jak kwiat, któremu wnętrze robak zjada.

 

Miłosć ojczyzny?... Ta dzis pustym dzwiękiem,

Co nie brzmi wcale albo brzmi szaleństwem;

Nasi mężowie spiac na łożu miękkiem,

Bija w dzwon trwogi przed niebezpieczeństwem,

Gdy kto ten wyraz powie z cichym jękiem,

I obrzucaja swój naród przekleństwem

Za to, że smiał się targnać na kajdany

I drgnał na chwilę własna krwia oblany.

 

Miłosć ojczyzny! To przedmiot zużyty

I pogrzebany z poległym rycerstwem,

Starannie w trumnie gwozdziami przybity

I przytrzasnięty plesnia i szyderstwem,

A nad nim klęczy postać jezuity,

Co umarłego gorszy się kacerstwcm

I lud poucza, że modna pobożnosć -

Tę ziemska miłosć uważa za zdrożnosć.

 

Miłosć ojczyzny!... Staroswieckie tema

I rdza grobowca zgryzione ze szczętem,

Zewszad mu krzycza wielkie anatema,

Pokryte słodkim swiętoszków lamentem;

Więc żeby wznawiać rzeczy, których nie ma,

Trza być półgłówkiem albo też studentem

I z Don Kiszotem bładzić po manowcach,

By kruszyć kopie na spłoszonych owcach.

 

A dzis podobna marzeń wybujałosć

Jest w naszym swiecie wielce karygodna,

Nasze powagi widza w tym zuchwałosć,

Która być może w straszne skutki płodna;

Przyznaja wtedy piesni doskonałosć,

Gdy jest jak oni bezbarwna i chłodna,

I tak strzyżona, jakby ogród włoski,

Majac ucięte i mysli, i głoski.

 

Więc nie dziw, że nikt ręka swa nie sięga

Po ten skarb w lutni ukryty ojczystej;

Dla martwych widzów - martwa to potęga,

I może kruszyć tylko piers lutnisty,

I stać zamknięta, jak ta czarów księga,

Przez długie wieki w ciszy uroczystej,

Póki epoka nie nadejdzie nowa,

Godna odczytać jej cudowne słowa.

 

Cóż więcej znalezć?... Sława?... tej nie mamy,

Wszyscy mniej więcej jestesmy niesławni

I nosim znaczne na honorze plamy;

Pod każdym względem zawsze niepoprawni,

O czysta wielkosć zwykle mało dbamy

I wtenczas własnie jestesmy zabawni,

Gdy się stroimy w kawałek łachmanu,

Co się nazywa dzis rozumem stanu.

 

Ten rozum stanu -wynalazek złoty!

Lepszy niż jaki płaszcz nieprzemakalny;

Pod nim bezpiecznie można szydzić z cnoty

I podkopywać przesad idealny,

Można ojczyznie różne czynić psoty

I łuk w nagrodę dostać tryumfalny,

Bo on zasłonić zdoła każda sprzecznosć,

Wszelki egoizm, wszelka niedorzecznosć.

 

Istny talizman, który dobre wróżki

Roznosza same jako płód krajowy

I polskiej szlachcie kłada pod poduszki,

A ta się naraz budzac z bólem głowy,

Na suchych wierzbach umie szczepić gruszki

I cycerońskiej nabiera wymowy.

Tak więc bez pracy, nauk i zachodu

Kraj się zapełnia gwiazdami narodu.

 

Przedmiot gotowy dla wieszczów przyszłosci,

Będzie go można w gładkie rymy włożyć

I parafialne pozbierać wielkosci,

I epopeję narodowa stworzyć,

Co pozostanie Iliada smiesznosci;

Lecz my nie pragniem owej chwili dożyć

I wolim raczej na swych lutniach drzymać,

Niż próżny pęcherz powietrzem nadymać.

 

Cóż więc zostaje?... Piesni erotyczne?

Ale i dla tych braknie w swiecie wzorów,

Pogasły w piersiach ognie romantyczne,

Pełne swietnosci i pięknych kolorów,

A miłosć cierpi suchoty chroniczne

I potrzebuje pomocy doktorów,

Co podtrzymuja jej zbyt watłe życie

Przez różnych srodków drastycznych użycie.

 

Nasze anioły i nasze kobiety

Sa w sentymenta ubrane po kostki,

Lubia poezję zajadać na wety

I lubia także bawić się w miłostki.

Któż by wyliczył ich wszystkie zalety?

Jednej im tylko brak jeszcze drobnostki -

Prawdy w uczuciu... Lecz to rzecz zbyteczna,

Niemodna dzisiaj - nawet niebezpieczna...

 

Tym, czym sa teraz, nie wznieca tej walki,

Co się toczyła koło murów Troi;

Żadna nie zginie z rak swojej rywalki,

Żadna się losówJulietty nie boi,

Bo każda z wdziękiem norymberskiej lalki

W balowej sukni na wystawie stoi

I z pochylona, rozmarzona główka -

Czeka na kupca, co płaci gotówka.

 

A Romeowie nasi nowoczesni -

Sa jak z żurnalu wycięte figurki;

Tacy bezduszni, tacy bezcielesni,

Że z nich zaledwie zostały tużurki,

Które do taktu salonowej piesni

Skacza kadryle, walce i mazurki,

Wzdychajac przy tym od czasu do czasu

Do diamentów, gazy i atłasu.

 

Krew tam nie kipi purpurowym warem

I nie upiększa ciał swoim szkarłatem,

Zmysły namiętnym nie owiane czarem

Nie zakwitaja egzaltacji kwiatem;

A to, co wschodzi, jest tak zwiędłem, starem,

Tak ariekińskiem i tak karłowatem,

Że może służyć na pastwę dewotkom,

Co się pobożnym poswięcaja plotkom.

 

Ale dla piesni nie ma tam oparcia:

Tyle tam ziarna, co w pustym orzechu.

Te straszne dzisiaj czułych serc rozdarcia

Na drugi tydzień goja się w pospiechu;

Do tragicznego zanim przyjdzie starcia,

Cała tragedia kończy się na smiechu,

Skad i poezja nasza nosi znamię,

Że jest szydercza, gdy uczuć nie kłamie.

 

Trudno wymagać, by na takiej roli

Wytrysła natchnień prawdziwych obfitosć;

Trudno geniuszu żadać aureoli

Tu, gdzie się tuczy sama pospolitosć,

I trudno miłosć spiewać wsród swawoli,

Co budzi tylko wzgardę albo litosć.

Trudno, ach! żadać dzis Anakreona,

Kiedy swiat cały na bezkrwistosć kona...

 

Potrzeba smiać się więc na równi z wami

I razem z wami nad przepascia plasać;

Potrzeba kryć się ze swoimi łzami

I z własnych uczuć głosno się natrzasać,

Karmić się co dzień skandalem, plotkami,

Różować twarze i przechodniów kasać,

Wszystko szlachetne zdeptać, sponiewierać,

Potrzeba smiać się... smiać się i umierać...

 

Jesli nas teraz potępić pragniecie,

Za nasze niemoc, nasze niedołęstwo,

Za rozrzucone poetyczne smiecie,

Za skoszlawione piesni czarnoksięstwo,

Godzim się na to... Potępcie, gdy chcecie;

Przy was jest słusznosć, przy was jest zwycięstw

Lecz tę rozważcie smutna okolicznosć:

Tacy poeci, jaka jest publicznosć!



28 grudzień 1869



akcesoria bdsm
Pijany i dziecko prawdę powie.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »