Publicznosć do poetów |
|
|
|
| Autor: Asnyk Adam | |
| 16.01.2008. | |
|
Wiecznie spiewacie na tę sama nutę! spiewacie rozpacz dzika i bezbrzeżna, Serca przedwczesna gorycza zatrute I melancholie mglista a lubieżna, Senne miłoscie szpilkami przekłute, Rany zadane jedna raczka snieżna, I omijacie skrzętnie każda radosć - Strojac się w duchów księżycowa bladosć. Po tysiac razy te same westchnienia slecie do oczu niebieskich lub czarnych, Do drobnej nóżki, kragłego ramienia I różnych kształtów mniej lub więcej zdarnych I umieracie jak Tantal z pragnienia, Pełni poswięceń i bohaterstw marnych, A choć się który czasem w rymie potknie, To jednak lubej ręka swa nie dotknie. Zawsze ach ona! z ta twarzyczka cudna Serca wam bierze na straszne tortury; Spojrzy się... przeżyć jej spojrzenie trudno! Odwróci oczy... swiat się kryje w chmury, Wszystko stracone, ona jest obłudna - Dokoła ciemnosć i smutek ponury! I nie zostaje nic... o srogi losie! Jak ginać w mękach na sonetów stosie. Wiecznie te same klęski bezprzykładne I te pięknosci boskie, nadzwyczajne, Te bujne włosy, te ruchy układne, Różane usta, słodkie, życiodajne, Te oczy pełne miłosci a zdradne, Które wyczerpał brylantowy Heine, Te brwi, te rzęsy, te perłowe zabki, Te kwiaty w włosach i szat białe rabki. I pełno wszędzie słów pieszczonych szmeru, Co płyna jako spiewne wodospady, I pełno woni zbyt słodkiej eteru, Pełno lamentów, zniszczenia, zagłady, Zmarnowanego życia i papieru, I potępieńców posmiertnej biesiady... Co wszystko snuje się z jednego watka, Z kaprysnej pozy ładnego dziewczatka. Dosyć już mamy tych rozkoszy dreszczów I tych usmiechów niby ironicznych, Bladych księżyców, mgły i krwawych deszczów, Niezrozumiałych potęg demonicznych; Dosyć już mamy tych łabędzich wieszczów, Którzy konaja w bólach ustawicznych, I tych ubóstwień, rozanieleń, szataństw, I tym podobnych rymowych szarlataństw! Co nam do tego, że wam bohaterki Przysięgna miłosć, a potem was zdradza? Zapewne sa to dosć znaczne usterki, Lecz wartoż za to swiat malować sadza? I wulkaniczne puszczać fajerwerki, Co się nikomu na nic nie przydadza? Warn się to piękne zdaje w waszym rymie, A my się za to musi m krztusić w dymie. Miłosć jest piękna bez watpienia rzecza I ma w poezji stare jak swiat prawa - Lecz trzeba, żeby miała twarz człowiecza, Żeby tryskała życiem jej postawa: smieszna się staje, gdy ja okalecza I kiedy wyjdzie wybladła i krwawa. Co by ach! na to Afrodytę rzekła, Gdyby widziała was i wasze piekła! Nie zrozumiałaby zapewne wcale, Że przemawiacie miłosci językiem, Widzac was w jakims Orestowym szale, Z spojrzeniem błędnem, pochmurnem i dzikiem, Na samobójców chwiejacych się skale, Uragajacych niebu wykrzyknikiem... Pewnie by piers swa zasłoniła twarda I porzuciła was z gniewem i wzgarda. Wprawdzie dzis ona, ta naga, ta grecka! Złej już opinii na swiecie używa - Sentymcntalnosć góra dzis niemiecka, Co się w mgłach kapie i we mgłach rozpływa; I cała młodzież porzadna, kupiecka, Przed jej posagiem oczy swe zakrywa I marzy wsparta na łokciu w sklepiku - O idealnym bardzo kaftaniku. Wiemy, że trzeba kształty posagowe Wy pełnić wyższy m tchnieniem ideału, Na nagi marmur rzucić swiatło nowe, Moc czarodziejska dać pięknemu ciału; Wierzymy także w zachwyty duchowe, Ale nie chcemy wiecznego rozdziału Pomiędzy duchem nieschwyconym w locie - A biednym ciałem, co się tarza w błocie. Chcemy tej zgody, harmonii i ciszy, Która pięknosci pierwszym jest warunkiem, Chcemy tych dzwięków, które każdy słyszy Na swoich ustach drżacych pocałunkiem, Ale nie wrzasku szalonych derwiszy, Co upojeni narkotycznym trunkiem, Kręca się w kółko bez tchu i pamięci I mysla, że to swiat się cały kręci. Chcemy tych natchnień, co by w życia zdroju Ukazywały nowa piękna stronę, Które by naprzód biegły w każdym boju Pokrzepiać serca słabe lub zmęczone, Co by rzezbiły w klasycznym spokoju Dumne postacie, wawrzynem wieńczone, I podnosiły wszystkie ludzkie cele, Zdrowe pragnienia budzac w zdrowym ciele. Lecz wy, księżyca kochankowie smutni, Nie macie na to w piersiach dosyć siły! Każdy z was wsparty na złocistej lutni, Wpółpochylony do ciemnej mogiły, Słucha z przestrachem dzikiej wichrów kłótni, Nucac o widmach, co mu się przysniły, A że ma głosik łagodny i cienki, Lubia go słuchać młodziutkie panienki. Przez to zyskuje do wielkosci prawo I na miłostkach, jako wieszcz, wyrasta, Spoglada łzawo i smieje się krwawo, Bo już go chytra zdradziła niewiasta. Pogardza swiatem, nauka, zabawa, Tylko się gorzko usmiecha i basta - I poemata pisze ironiczne, Bardzo piekielne, choć niegramatyczne. Ironia wprawdzie ma swój wdzięk oddzielny I może zasiasć na Parnasu szczycie; Dużo jest prawdy w smiałosci bezczelnej, Dużo pięknosci w jej bolesnym zgrzycie, Gdy się na przedmiot targa niesmiertelny, Widzac, że wcielić nic zdoła go w życie, Lub gdy odkrywa serc ludzkich sprzecznosci I smiechem godzi dwie ostatecznosci. Ale ironia, o panowie mili! To nie gra w piłkę przyjemna i łatwa, Która by mogła zawsze, w każdej chwili, Bawić się z szkoły wychodzaca dziatwa; Ten jeszcze Heinem nie jest, kto się sili smiać się i płakać, i w rymie pogmatwa Dużo utartych wyrażeń cynizmu, Z romantycznego wziętych katechizmu. Dlatego radzim wam, wieszczowie nasi, Niech wasze Muzy w locie swym odpoczna; Niech się z was żaden nie dręczy, nie kwasi Ani też skacze w otchłań zwatpień mroczna Dla tej niewdzięcznej Maryni lub Kasi, Niechaj nie pędzi w przestrzeń nadobłoczna Roztracać gwiazdy... bo nam tchu nie staje Zdażać za wami w tak dalekie kraje. Chciejcie być skromni, zrozumiali, prosci, Panujcie mysla nad słuchaczów gminem I budzcie w sercach pragnienie pięknosci; Niechaj piesń wasza będzie dobrym winem, Co by nas mogło zagrzewać w starosci, Lecz nie szukajcie kłótni z Apollinem, I gdy was rada nie powstrzyma nasza - Wspomnijcie sobie losy Marsyasza! 14 grudzień 1869
sex shop |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


