W dwudziesta piata rocznicę powstania 1863

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Asnyk Adam   
15.01.2008.



Ruchliwe fale czasu nie zatarły
Twych krwawych sladów, o nieszczęscia roku!
Dotad w swej grozie posępnej zamarły
Ciężysz nad nami i z przeszłosci mroku
Przez lat szeregi kroczysz, widmo blade,
Wlokac za soba, jak całun - zagładę.

Wieleż to razy ciebie przeklinano,
A z toba marzeń zdradliwych ponętę!
Za każda swieża z ręki wroga rana
Zawsze twe imię wracało przeklęte
I zamrażało żywsze serc porywy
Krzykiem zwatpienia i bojazni msciwej.

Z twoich doswiadczeń czerpano nauki
I niewolnicze wysławiano cnoty;
Gaszono skrzętnie swięty żar, dopóki
Męskim zapałem tchnęła piers heloty,
Sadzac, że lekiem najlepszym na rany
Jest gwałt polskiemu uczuciu zadany.

Za twoje grzechy Polskę z mieczem w dłoni
Z szat obnażono jak jawnogrzesznicę
I uragano, że praw swoich broni,
I z ran szydzono, i plwano jej w lice,
I z czci ja chciano odrzeć do ostatka,
Jakby to była nie ich własna matka!

Wszystko to w spadku zostało po tobie:
Grzeszne ofiary i grzeszniejsza skrucha,
Bunt tych, co widzac mdlejace już ciało,
smieli doradzać samobójstwo ducha,
I więzy, które mocniej się nam wpiły,
I łzy palace... i wstyd... i mogiły...

A jednak pamięć obchodzimy twoja,
Jak ci, co dawno z niedola zbratani,
Nieszczęsciu w oczy spojrzeć się nie boja
I nawet z ciemnej wynosza otchłani
Tę niesmiertelna nadzieję, co z dala
Pracę pokoleń wiaże i utrwala.

My obchodzimy twa rocznicę smętna,
Bo dawnych zwycięstw swięcić dzis nie smiemy;
Niewolnik, hańby swej noszacy piętno,
W rocznicę chwały ojców stoi niemy,
A tylko ta mu droga jest i swięta,
W której sam skruszyć chciał krzywdzace pęta.

My obchodzimy w twym żałobnym swięcie
Najbliższa z naszych dziejowych pamiatek
I rycerskiego rapsodu zamknięcie;
Tego rapsodu, co jak krwawy watek
Przebiegał dziejów pogrobowych kartę,
Zbrojac wciaż serca pokoleń uparte.

Bos ty nie przyszedł jako klatwa nieba,
Ani nie spadłes jak grom niespodzianie,
Lecz jak duchowa narodu potrzeba,
W krwawej wypadków wypłynałes pianie,
Aby ostatnim orężnym protestem
Zapisać w dziejach niesmiertelne: Jestem!

Ty byłes dzieckiem ostatnim epoki,
Która tradycję przechowujac żywa,
Z dumnej przeszłosci czerpała swe soki,
I wolnych marzeń snujac wciaż przędziwo,
Ku zmartwychwstaniu stale naprzód biegła
Tak jeszcze bliska... a tak już odległa.

Nad ta epoka jasniał jeszcze w górze
Duch niepodległej ojczyzny widomy,
Jeszcze francuskiej rewolucji burze
swiat wstrzasajace rozrzucały gromy,
I biła na nia krwawych swiateł fala
Z wojennych ognisk małego kaprala.

To pokolenie, które wówczas wzrosło,
Dni Listopada było niedalekiem,
I swoich ojców rycerskie rzemiosło
Z krwia wzięło w spadku i wyssało z mlekiem
Żywa tradycję krótkiej zwycięstw chwały
I majestatu Polski zmartwychwstałej.

W cudownej przed nim spływały legendzie
Postacie wodzów, strojne w lisć wawrzynu,
Wieszczów krwawiacych swe piersi łabędzie
I męczenników rwacych się do czynu
Więzienia, groby, szubienice, krzyże
I snieżna, mrozna otchłań na Sybirze...

Więc silniej każde uderzało tętno,
I klatwa wieszczów na grunt padła żyzny,
Budzac gniew, zemstę i bolesć namiętna
Nad poniżeniem i hańba ojczyzny.
I wszystkie serca zbroiły się harde,
W niewolniczego żywota pogardę.

Jeszcze ten łańcuch duszacej niewoli
Nie zatamował męskiego oddechu,
Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli
Nie tknęło błoto uragań i smiechu,
I pokutnicze nie straciły tłumy
Ostatnich błysków narodowej dumy.

Nie było nawet podówczas w zwyczaju
W dyplomatycznej slizgać się zabawce,
W lada koniuszym lub dworskim lokaju
Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę,
I tym, co jawnie wyparli się Polski,
Dawać na kredyt mandat apostolski.

Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić
w konszachty
I stawiać złote zjednoczenia mosty,
Nie powiadano w gronie braci szlachty,
Że to maż stanu, lecz że zdrajca prosty,
I nie wróżono nowej szczęscia ery,
Widzac na piersiach błyszczace ordery.

Jeszcze przybierać nie umiała Polska
Postaci gadu, co się u stóp czołga;
Wolała, żeby w drodze do Tobolska
Trupy jej synów unosiła Wołga,
Wolała poniesć ofiary najkrwawsze,
Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

O! Wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt
Płynęły na swiat idealne mary
I nadawały cudowny koloryt
Tkanej przez losy przędzy życia szarej,
A na niebiosach jasniał blask nadziemski,
Niby wschodzacej znów gwiazdy betlemskiej.

Męki wygnania, tęsknoty sieroctwa
Tonęły w wielkim mistycznym zachwycie;
Sny mesjaniczne, natchnione proroctwa
Nad ziemia inne wytwarzały życie,
Gdzie rzeczywistosć znikała sprzed oczu
W gwiazdzistym, sennym marzenia przezroczu.

Pamiętam dotad chwile owych wiosen,
Gdy serca nasze paliła tęsknota,
A bór nam szumem dębów swych i sosen
spiewał, jak stary piesniarz wajdelota,
Rycerskie piesni dawnej przodków chwały,
Które nas czarem swoim upajały.

Pamiętam dotad, jak nam szmer strumieni,
Słowików spiewy, powiew kwiatów woni
I zorza, która błękity rumieni,
I wszystko wkoło wciaż mówiło o Niej,
O niesmiertelnej, co w grobowcu czeka
Na odwalenie kamiennego wieka...

A w piersiach naszych z każda chwila rosła
Miłosć bezbrzeżna, wyłaczna, jedyna,
Co na swych skrzydłach duszę w błękit niosła,
Jakby do matki stęsknionego syna,
Z wiara, że w górze poza chmur zasłona
Ujrzy ja znowu - jasna i zbawiona.

Mysmy ja wszyscy przed soba widzieli:
Cudowna postać w złotej gwiazd koronie,
W niepokalanej czystosci i bieli,
Ze zmaz obmyta przez anielskie dłonie,
Z twarza podobna do Najswiętszej Panny
I blask z swych włosów siejaca poranny.

Każdy ja wieńczył w własnych rojeń kwiaty
I jej pięknosci odczuwał inaczej;
Każdy w odmienne ubierał ja szaty,
Lecz nikt nie watpił, iż po dniach rozpaczy
Nadpłynie w blasków różanych powodzi
I swa pięknoscia cały swiat odmłodzi.

Więcesmy ręce do niej wyciagali,
Wołajac: Zstępuj z błękitów, królowo!
Krzywdy nędzarzów zważ na prawa szali
I sprawiedliwosć wymierz im na nowo,
Zawies miecz pomsty nad fałszem i zbrodnia
I badz ludzkosci gwiazda znów przewodnia.

My ci pod stopy ciała swe uscielem,
Abys stanęła na nich jak na tronie
I praw zgwałconych stała się mscicielem,
Z błogosławieństwem wyciagajac dłonie
Ku tym, co cierpiac niesłusznie skrzywdzeni,
Wzywaja ciebie z czysćcowych płomieni.

My nic dla szczęscia swego, nic dla siebie
Nie pragniem, nawet nie żadamy dożyć
Chwili, gdy z jutrznia zabłysniesz na niebie.
Chcemy na zawsze w prochu się położyć
I za swe wiano wziać niepamięć wieczna,
Byłes Ty jasnosć rozlała słoneczna.

To wszystko teraz w przepasć się zapadło,
I już przeminał czas rycerskiej służby;
Z błękitów jasne zniknęło widziadło,
Umilkły wieszcze natchnienia i wróżby,
A burza nieszczęsć straciła nam z głowy
Nawet ostatni wieniec nasz - cierniowy.

spiewne serc głosy, idealne hasła,
Płomienne słowa, mistyczne zachwyty
Przebrzmiały - lampa cudowna zagasła,
Na ziemię runał ideał rozbity...
I w naszych oczach rozpadło się w gruzy
Tęczowe państwo romantycznej muzy.

Prad czasu innym popłynał korytem,
Nastała nowa epoka - żelazna,
Która wciaż ziemskim zaprzatnięta bytem,
Niebiańskich widzeń słodyczy nie zazna
I tylko w ziemi wnętrznosciach się grzebie,
Zajęta mysla o codziennym chlebie.

Uboga duchem i uczuciem skapa,
Dokoła cień swój roztacza ponury,
Ciężko po ciałach swoich ofiar stapa,
I chciwa dłonia szarpiac piers natury,
Pragnie zasłonę zedrzeć tajemnicza,
Za coraz nowa zdażajac zdobycza.

Choć na choragwi kładzie prawdy znamię,
I ludzkiej wiedzy skarbnicę bogaci,
Czynami swymi wiecznym prawdom kłamie
I fałsz podaje w misternej postaci,
I jadem zbroi węże i padalce,
By zwyciężały w strasznej o byt walce.

Nastała nowa epoka, z obliczem
Nieubłaganem, lodowatem, chmurnem;
Jej bóg jest owym, nie wzruszonym niczem,
Pożerajacym swe dzieci Saturnem,
A jej religia, dzika tchnaca groza,
Drapieżnej siły jest apoteoza.

Z nowa religia nowi sa prorocy,
Co słabszym niosac wyrok unicestwień,
Głosza królestwo gwałtu i przemocy,
I ewangelię plemiennych rozbestwień,
Jako pociechę wskazujac w rozbiciu
Nędzę i nicosć - i w smierci i w życiu.

Pod ich choragwie spiesza ludzie nowi
Widzac, że wiara przeszłosci zawiodła
Uragać czystych poswięceń duchowi,
Kruszyć braterstwa i wolnosci godła,
Przed złotym cielcem korzyć się tyranii
Panmoskwicyzmu albo pangermanii.

I u nas przyszło nowe pokolenie,
Wpatrzone w ziemię z chłodem i rozwaga,
Pragnace teraz na dziejowej scenie
Odgrzebać z gruzów rzeczywistosć naga,
Podstawę bytu, mniej od dawnej chwiejna,
By na niej znowu budować kolejno.

W twardej nieszczęscia urobione szkole,
Zrzekło się marzeń zdradliwych słodyczy;
Krępuje skrzydła młodosci sokole,
W każdym porywie z siłami się liczy
I wchodzi z pradem dziejowym w przymierza,
Biorac w rachubę instynkt i moc zwierza.

Spragnione prawdy, za nia jedna goni,
Choćby nia miało zatruć czyste zdroje,
Gdyż pragnie swieżej doszukać się broni,
Z która by mogło przyszłe staczać boje
A w tej pogoni stopa nieoględna
Depcze wawrzyny, co na grobach więdna.

To pokolenie milczace i smutne,
Daleko mysla od dawnych odeszło:
Oskarża serca miłoscia rozrzutne
I lekceważy ich zasługę przeszła
Nie wiedzac nawet, ile w niej się miesci
Wielkich poswięceń, cnoty i bolesci.

Mysmy przez pięknosć, sercami odczuta,
W dobra i prawdy chcieli wejsć krainę;
A oto kończym nasze dni pokuta,
Zbyt smiałych lotów opłakujac winę...
Nie możem jednak bez goryczy patrzeć,
Widzac, jak chcecie slad przeszłosci zatrzeć.

Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi,
A chłód wasz lodem spada nam na serce
My błogosławim wam, rycerze młodzi,
Narodowego długu spadkobiercę,
I na trud przyszłych, mozolnych wyzwoleń
Niesiem życzenia gasnacych pokoleń.

Idzcie, jak swiatła przystoi czcicielom,
Oswiecać drogi ludzkiego pochodu
Ku coraz wyższym i jasniejszym celom!
Szukajcie prawdy dla swego narodu,
Ażeby przez nia posiasć mógł helota
Stracone piękno i dobro żywota.

Lecz wiedzcie: prawda, której wy szukacie,
Jest jak Proteusz kryjacy się zdradnie,
Który wciaż swoje odmienia postacie,
Gdy smiały nurek w głębi go napadnie,
I pokolenia ciekawych żeglarzy
Coraz to nowa odpowiedzia darzy...



bielizna
Pewno październik nie oszczędzi pluchy, jeśli wrzesień był ciepły i suchy.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »