|
Strona 5 z 8 SCENA PIĄTA WŁADYSŁAW, KAMILA, JANINA, później FIKALSKI. WŁADYSŁAW (troskliwie) Co się stało? Jesteś cała wzburzona. KAMILA I twarz rozpalona. JANINA (siadając na kanapie) Ach, to te wizyty szanowne tak mnie zmęczyły, zirytowały. Żądła owadów byłyby mniej dokuczliwe od języków tych pań. WŁADYSŁAW A! rozumiem! naznosiły ci pewnie cały zapas bajeczek, jakie krążą o nas po mieście. JANINA Więc już wiesz o tym? WŁADYSŁAW
Nie, ale domyślam się, bo bajeczki, to zwykła potrawa tych pań po
każdym balu, jak barszcz poi przepiciu. Nie strawiłyby, żeby nie
wygadały. JANINA (wstaje i chodzi) O! ludzie są podli, źli, obrzydliwi (przechodzi na lewo, Kamila na prawo). WŁADYSŁAW (idąc za nią)
No, no, tylko nie wpadajmy znowu w ostateczności, źle by było, żeby
wszyscy byli tacy. Są źli, ale są i dobrzy, idzie tylko o to, żeby
umieć wybrać i odróżnić jednych od drugich. (Spostrzega Fikalskiego) A! otóż i nasz bohater karnawałowy. FIKALSKI (ożywiony) Moje uszanowanie (kłania się paniom, które go chłodno przyjmują). No, cóż? Czytaliście państwo w dzienniku artykuł o waszym balu? WŁADYSŁAW (zdziwiony) O naszym balu? FIKALSKI Jak to? nie czytaliście jeszcze? Był we wczorajszym numerze? WŁADYSŁAW Któż go podał? FIKALSKI (z przechwałką) Ja sam postarałem się o to. WŁADYSŁAW I w jakim celu? Cóż czytelników może obchodzić jakaś tam prywatna zabawa? FIKALSKI
Dobry sobie! Bal, na którym ja aranżuję, ma nie obchodzić ludzi? Taki
bal, to fakt, który staje się własnością publiczną. Zaraz państwu
pokażę ten artykuł. (Wyjmuje) Mam go w odcinku, bo ja zbierani
wszystkie takie artykuły, w których jest wzmianka o mnie; mam już takie
album z tego (pokazuje na grubość dość grubej książki) to moje laury;
o! proszę posłuchać. (Czyta) "Do świetniejszych wieczorów tego karnawału należy bal u państwa Ż." (Mówi) To niby u państwa. (Czyta)
"Znana gościnność gospodarstwa, wdzięk uroczych tancerek, liczne grono
gości, przybyłych nawet z dalekiej prowincji, a w końcu dzielne
kierownictwo znanego w .naszym mieście znakomitego aranżera, pana
Fikalskiego, przyczyniły się niemało do podniesienia świetności tego
wieczoru, który mile zapisał się na długie czasy w pamięci obecnych". -
A co? WŁADYSŁAW Ależ tu w tym wszystkim
od początku do końca nie ma słowa prawdy! Przecież sam wiesz najlepiej,
że nie było nikogo z prowincji. FIKALSKI
Owszem, był przecież jakiś Fujarkiewicz z Mościsk, ale tu nie o to
chodziło, tylko o sztuczne zrehabilitowanie w oczach publiczności tego
balu, który, mówiąc między nami, nie udał się wcale, mimo to że robiłem
wszystko, co mogłem. Bo proszę państwa, co to za bal, który się
skończył o pół do drugiej? to rzecz nie praktykowana w dziejach mego
aranżerstwa. Za to u Guzikowskich, powiadam państwu, bawiliśmy się od
północy znakomicie. Będzie i o tym balu w dzisiejszym numerze. To był
dopiero bal, do ósmej rano! Przy ostatnim mazurze, to, powiadam
państwu, muzykom smyczki z rąk wypadały, a panny oddechu złapać nie
mogły z umęczenia i tak robiły piersiami, ale ja muzykantom obiecałem
dołożyć dwadzieścia florenów ze składki między młodzieżą zebranej,
pannom, zaaplikowałem po kieliszku starego wina i tańczyliśmy do
upadłego. Toteż byłem taki zmachany, spocony, że jak siedliśmy potem z.
paniami do barszczyku i bigosu, formalnie lało się ze mnie. WŁADYSŁAW (śmiejąc się) Nie zazdroszczę wcale tym pannom, co siedziały obok ciebie, mogłyby łatwo dostać kataru z wilgoci. FIKALSKI
One, nie wiem, ale co ja, tom się ogromnego kataru nabawił. Radzono mi
łaźnię parową. Muszę spróbować, bo dziś wieczór mam znowu być u
Sztyperkowskich, i właśnie dlatego przyszedłem tutaj prosić panią o te
przybory do kotyliona. JANINA Odesłałam je panu. FIKALSKI Wiem o tym, ale brakuje jeszcze kilka chorągiewek, czepka i parę nosów. Musiały tu gdzie zostać. KAMILA Ja widziałam, zdaje mi się, jakieś nosy za lustrem, czy też na piecu w salonie. JANINA To może tam i reszta pańskich skarbów się znajdzie; chodźmy poszukać, Kamilko (idzie na lewo do drugich drzwi). FIKALSKI (idąc za nimi) Będziemy wspólnie szukali, bo mi idzie o te przybory, szczególniej o nosy (wychodzi). WŁADYSŁAW (sam)
I są ludzie, którzy utrzymują, że on nic nie robi, a on tymczasem
pracuje więcej niż my wszyscy, i dlaczego? Dla zdobycia sobie sławy
niezmordowanego galopeda. (Spostrzega Wicherkowskiego) A, otóż i drugi galoped, tylko w innym rodzaju.
odzież erotyczna Po świętym Bartłomieju jedz kluski na oleju.
|