Wiesław - Sielanka krakowska |
|
|
|
| Autor: Brodziński Kaziemierz | |||||||
| 14.04.2008. | |||||||
Strona 4 z 5 IV
Idzie Jan z tęsknym Wiesławom na zwiady, Wiesław daleko przed nim znaczy ślady, Bo go i miłość, i młodzieńcza siła Przez góry, doły prędzej prowadziła. A gdy przybyli, gdzie mieszkała córka, Taką pieśń nucą za płotem podwórka:
"Kwiatami grzęda osuta, Kwitnie rozmaryn i ruta, Na okienku wianek leży, Jest tu córka dla młodzieży.
Przyjdzie młodzian z obcych błoni, Ojcu, matce się pokłoni; Zerwie panna swoje kwiaty, Do teściowej pójdzie chaty.
Raz ostatni, rozmaryny! Uwieńczycie skroń dziewczyny; Zielona ruto na grzędzie! Nikt cię polewać nie będzie.
Schludna chata, choć uboga, Za rządnością pomoc Boga. Skrzeczy sroka na jaworze Panna stroi się w komorze.
Otwierajcież! przyszli goście! I życzliwie w dom zaproście; Chociaż obcym, bądźcie radzi: Dobra nas tu chęć prowadzi".
Wyjrzała oknem od kądzieli matka, Skrzypła zapora, otwarła się chatka, Wszedł Jan sędziwy, Wiesław okazały Głową wyniosłą dosięgną! powały, Jadwiga rzekła: "Witajcie nam, goście! Siądźcie i z Bogiem dobrą wieść przynoście!" Z komory wyszła Halina z rumieńcem, Skłoniła głowę przed znanym młodzieńcem, A Jan powiedział: "Oj! widzę, że godne I starca drogi lica tak urodne". Kiedy Halina słyszy taką mowę, Rumianych wdzięków przybyło połowę; Koszyk podróżny zdejmuje z młodziana, Bierze i laskę sędziwego Jana. Wnet czystą ławkę do stołu przynosi, A matka gości do spoczynku prosi; Mówi do ucha stydliwej Halinie: "Niech się roznieci ogień na kominie, Niech będzie rychło wieczerza gotowa!"
Jan, gdy odpoczął, w te przemówił słowa: "Niech gospodyni przeto nie obrażę, Czyniąc, co dawny obyczaj nam każe; Ojców zwyczaje - toć krewieństwo nasze, Przeto, Wiesławie! daj z koszyka flaszę, A gospodyni kubka nam udzieli: Miernie użyty trunek rozweseli, Śmielszymi czyni ukrywane chęci I tajność serca przed oczy wyświęci, Bo jak oblicze oglądamy w zdroju, Tak dusza wiernie wyda się w napoju. Pszczółki na ziemi pierwsze gospodynie, One po całej opatrznej krainie Zbiorów szukały; ochronne przy zgodzie Wzbudziły przemysł i w ludzkim narodzie. A jak na wiosnę gospodarna pszczoła, Gdy się sad bieli i wonnieją zioła, Niesie w ul siostrze uzbierane miody, Tak niesie" młodzian z rodzinnej zagrody Kubek słodyczy przy życzliwej chęci Tej, której serce niewolne poświęci. Bo równa pszczole jest miłość wieśniacza, Słodycz i zgodę, i pracę oznacza".
Podała matka kubek na te słowa; Poszła do serca wszystkim Jana mowa. Bóg go też wielkim rozumem obdarzył, Już on niejedno krewieństwo skojarzył, Starostą bywał na każdym weselu I chrzestnym ojcem zwią go w domach wielu, Przeto, .gdziekolwiek przyjdzie w odwiedziny, Jest jakby w domu, u swojej rodziny.
W podany kubek nalał Wiesław miodu: "Przyjmij tę kroplę z obcego ogrodu, Piękna Halino! jak tobie słodyczy Na całe życie serce moje życzy". Na to Halina pytającym okiem Patrzy na matkę; odwrócona bokiem, Białe odzienie zarzuca na głowę, Tak zasłoniona wypełnia połowę, Połowę Wiesław wypełnił aż do dna; A jako zorza za gajem pogodna Kryjąc się błyszczy rumieńcem Halina. Jan dziewosłęby w te słowa zaczyna: "Kiedy tak córka chęć życzliwą dzieli, Już do was, matko! mówić mię ośmieli; Gdzie młodzież idzie za serdeczną władzą, Niech ją z namysłem starsi doprowadzą; Młodość nie widzi, przyszłości nie bada, Jako w kochaniu ufność w losie składa, A to odmienne, nieprzyjazne rzeczy! Szczęście więc starsi muszą mieć na pieczy, Wszystko przewidzieć, w szczerości pogadać, A z resztą ufność na Bogu zakładać. Poczciwych ojców widzicie tu syna; Chociaż pod ziemią śpi jego rodzina, Ma przecie ojców, co litością zdjęci, Mając kumostwa powinność w pamięci, Nie żałowali dla sieroty chleba, Uczyli pracy i bojaźni nieba; Sprawiał się godnie, że go synem zowią I część chudoby dla niego stanowią; Nie jest ci u nich gospodarstwo liche, Praca sierpowa nie idzie pod wichę, Co tydzień wniesie, nie straci niedziela, Bóg też rządności pomocy udziela. Czystą pszenicę niesie czarna rola, Wełniste owce zabielają pola, W schludnych stajenkach bydełko się chowa, A [w] cztery konie jeżdżą do Krakowa.
Z ich to poręki ja do was przychodzę; Poznał się Wiesław z Haliną na drodze, Jak pewno wiecie - i ojcom wyjawił, Że swoje serce w jej sercu zostawił. Na to Stanisław rzekł mu słowem takiem: "Lecz jeśli miła serce tobie święci, Jeśli rodziny poznasz dobre chęci, Uproszę Jana, niechaj zacznie swaty, Jak syn synową przywiedź mi do chaty". Te słowa, matko! wiernie wam odnoszę I w imię ojców o córkę was proszę. Niechaj Bóg dobre rodziny jednoczy. Nie chcę młodego wychwalać wam w oczy; Często pochwała, choć i słuszna, szkodzi, Bo lepiej, kiedy nie znają się młodzi, Za wcześnie już się u celu być mienią, Raz pochwaleni - przestrogi nie cenią. Choć pracowity, choć posłuszny w domu, Bywał i Wiesław szpakiem po kryjomu: Zajechać drogę, choćby wojewodzie, Rej nad muzyką prowadzić w gospodzie, Z karczmy rozpędzać cesarskie wojaki, Wyśmiać wędrownym góralom chodaki - Toć były dotąd jego obyczaje. Młodemu wszystko zarówno się zdaje, Bo jak na wiosnę pędzi potok w biegu, Pieni się, szumi i wylewa z brzegu, Aż dalej cicho płynie w swym korycie, Tak młodzian siłą udarzon obficie Musi wyszumieć, aż w troskach stateczny, Jak jabłoń z czasem traci kwiat zbyteczny. Zawsze też dobra i stateczna żona Resztę wychowu w młodzieńcu dokona, Nauczy myśleć, jak dobytek zbierać, Jak się na przyszłość niepewną obzierać. To wam powiadam o naszym Wiesławie, Bom mu był świadkiem od dzieciństwa prawie".
Bacznie Halina, stojąca na boku, Śledziła prawdy w Wiesławowym oku; Jan, mówiąc prawdę, wiedział, że nie ranił: Dziewczęta lubią błędy, które ganił.
Ale łza błysła w źrenicy młodziana, Potem się nisko skłonił do nóg Jana, Skłonił się matce, milcząc pełen sromu; I było długie pomilczenie w domu. Wtenczas Halinie także łzy wytrysły. Jako na wiosnę nad brzegami Wisły, Gdy wonny deszczyk obłoki wyleją, Kwiaty zroszone błyszczą się nadzieją, A razem słońce za górami świeci, Tak, gdy z otuchą łzę zroniły dzieci, Jan z matką na nie podglądali z boku; Miła pogoda jaśniała im w oku.
Rzewniło matkę niespodziane szczęście, Lecz nie Halinie bogate zamęście, Która sierota, bez ojca i matki; Nie miała wiana ni rodzinnej chatki W szczerości zatem, jak każe sumienie, Takie Janowi czyni oświadczenie:
"Jest Bóg widzący na niebieskim dworze, Doświadcza ludzi w szczęściu i pokorze, Czy kogo zniży, czy w górze osadzi, Patrzy, jak wszędzie człowiek sobie radzi. Halina moja, co w ubogim bycie Przepracowała dotąd ze mną życie, Nie wierzy słońcu, które niespodzianie Przed nasze teraz zabłysło mieszkanie. Na stan jej niski wysoka jagoda, Nie dla niej kmiecia ręka i zagroda; Bo nie ma ojców ani przyjacieli, Co by o wianie dla niej pomyśleli. Przeto, młodzieńcze! niech cię Bóg poświęci Za dobre serce i życzliwe chęci. Teraz słuchajcie o losie Haliny I to do waszej odnieście rodziny:
Gdy się los zawziął na polską Koronę, Szedł mój mąż z kosą na spoiną obronę I już nie wrócił. - Obcy bez litości Grabili dwory, zapalali włości; Doznał, co trwoga, kto pomni te czasy. Starce i matki pokryły się w lasy; Ale i w lesie zajęły się sosny: Byłci to widok straszny i żałosny, Gdy ta ostatnia gorzała uchrona; Na milę wielka rozciągła się łona; Dzieci i matki błądziły tłumami. Przy drodze na to patrzyłam ze łzami, Aże mi dziecię zastąpiło drogę, Do serca płacząc. Utulam, jak mogę, Pytam o imię, rodzinę, mieszkanie, Ale daremna prośba i pytanie. Dziecię zaledwo znało swoje imię, Mówiło tylko, że w okropnym dymie Nieznani ludzie wiedli je do lasu; Więcej nic nie wiem aż do tego czasu. Ja, matka niegdyś, pamiętna na Boga, Wzięłam sierotę, choć sama uboga. Użyłam trosków, lecz była ich godna, Wyrosła zdrowa, pracowna, urodna; Obiedwie teraz pracujem na siebie, W jednych żyjemy troskach i potrzebie. Bez skiby ziemi, jałówka, dwie krówek, Kilka owieczek, cały nasz dochówek. Brzmią tu wesela na każde odpusty; Lecz to nie dla niej, nie dla niej zapusty, Na których pannom kupują pierścienie; Tam gdzie stodoły i bogate mienie, Tam zalotnicy; nie zwabi młodziana Przybysza córka bez ojców i wiana. Jak była dotąd niebieska opieka, Tak przeznaczenia u Boga niech czeka. Ufam, że póki niemoc mię nie strawi, Już mię Halina samą nie zostawi".
Na to Halinie łza z oczu wytryska, Klęka przed matką i kolana ściska: "O miła matko! tyś jest moje wiano; Choćby mi góry ze złota dawano, Choćbym mieszkała w malowanym dworze, Jedwabne szaty chowała w komorze, To bym bez ciebie przepłakała życie".
Tak się ścisnęły lejąc łzy obficie. A Jan milczący bacznie radość chowa; Wykraść się chciały niecierpliwe słowa, Bo dusza pełną była ważnych myśli; Na twarzy tylko wesele się kryśli. Chciał mówić Wiesław, ale go Jan bacznie Ostrzegł po cichu i tak mówić zacznie: "Ważne mi, ważne zwiastują się rzeczy, Jest Bóg, co ludzkie sprawy ma na pieczy. Chwała mu wieczna! - Miła gospodyni Niechaj z ufnością, co powiem, uczyni, Bo z serca idzie szczera moja rada. Uproście koni z wozem u sąsiada, A tę życzliwość hojnie mu wróciemy, Bo wszyscy w drogę wybrać się musiemy. Szczęścia spólnego wybiła godzina, Pozna Halinę Wiesława rodzina".
sexshop |
|||||||
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


