Sędziwoj - Adela |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | ||||
| 02.12.2008. | ||||
Strona 1 z 2 "......................................... W TYLNEJ CZĘŚCI ZAMKU Wardstein było mieszkanie dworu kobiecego, odosobnione od reszty, jakoby poświęcone gyneceum. Wspólna sala wybita była szpalerowymi flamandzkimi obiciami, sufit belkowany i lamperie z dębowego drzewa, bogate i złocone gdzieniegdzie rzeźby zdobiły. Kilkanaście panien rozmaitą zajętych robotą siedziało półkolem. Jedne przędły cienką nić lnianą na kołowrotkach, inne z tychże nici, przebierając klockami, na poduszkach wyrabiały koronki; tamte jaskrawe pasma przędzy motały do wyszywania. Śród tego zajęcia, skromnych postaw i ciężkich ubiorów, zdawałoby się, iż w zaklętym jakim znajdujesz się gmachu, gdzie dziewice kwitnące zdrowiem, jaśniejące pięknością, zakute do penelopejskiej pracy jęczą pod władzą złej wróżki. Tej ostatniej tu nie brakło. Wystawiała ją wybornie stara ochmistrzyni. Była to wysoka niewiasta, blada, z twarzą pomarszczoną, której duży nos i ściśnięte usta dawały wyraz surowej i niemiłej powagi. Czarny jej ubiór, biało owinięta głowa, smutno odbijały od jaskrawych strojów i figlarnych twarzyczek powierzonych jej dziewcząt. Stukając wysokimi korkami trzewików, brzęcząc kluczami u pasa, przechodziła się wzdłuż sali i ciągłą rozmową starała się bawić panny, a raczej samą siebie. Albowiem zewnętrzna postać tej damy, zupełnie by skwapliwego w sądzeniu zawieść mogła. Zwiędniałe jej serce w głębi przychylne było jeszcze zabawom i wesołości. Najmilszą jej rozmową były wspomnienia świetniejszej młodości, a wtedy każdy jej wyraz natchnięty dawną zalotnością zdawał się przemawiać do dziewcząt. - Patrzcie, ja piękniejszą byłam od was, wy możecie być jeszcze brzydszymi. Sama kasztelanka, Adela Wardstein, już może jednym tylko rokiem od dwudziestu lat oddzielona, była wysmukła, rumiana, z jasnym włosem i błękitnym okiem piękności, której żywe usta, delikatna płeć, rozkoszny uśmiech i omdlałe oczy, więcej łudzą wzrok i pociągają zmysły, jak zachwycają uczucie. Adela była piękna, ale tej piękności nie ożywiała iskra owego wewnętrznego zapału, która mniej doskonałym formom nadaje nieraz czarujący urok. Teraz, zamyślona, podparłszy głowę na ręku, spoglądała w ciemniejący wieczór na taras zamkowy. Obok niej na krześle leżały foliały: Amadys z Galii i Dekameron Bocaccego, w którym, jak wiadomo, kilka szlachetnych dziewic i kilku dobrze wychowanych kawalerów opowiadają sobie powieści, jakich by dziś niejedna wieśniaczka słuchać nie chciała. Lecz w owych naiwnych wiekach nie gorszyło to nikogo. Adela posiadała te książki z daru ochmistrzyni. Będąc wcześnie pozbawioną matki, wychowana jedynie od ciotek, od ochmistrzyń, pozbawioną była tchnienia wyższych, delikatniejszych uczuć, jakie tylko troskliwa matka wlać jest w stanie. Zresztą odebrała wychowanie podobne wszystkim szlachetnym pannom owych czasów. Zewnętrzna skromność, nadzwyczajna skrupulatność w pełnieniu obrządków zewnętrznej pobożności, a przy tym próżność, pobudzana czcią oddawaną kobietom z resztkami rycerskich obyczajów - oto były główne cechy tego wychowania. Duszę jego stanowiło karne posłuszeństwo dla spowiednika, dla rodziców, dla ochmistrzyni, a w końcu dla męża, którego często w dniu zaręczyn poznawano, a z którym częściej wprzód się umiano porozumieć. Jeżeli posłuszeństwo takie ani razu nie szarpnęło wędzidła - białogłowa uważaną była w połowie za świętą. Jakie ona przechodziła walki wewnętrzne, jak tam posłuszeństwo to wyglądało w sercu, o to się nikt nie pytał. I musiało to się z większą przynajmniej, jak dziś, prostotą odbywać. Córka w domu możnym i wziętym była skarbem, lecz często skarbem, którego trudno pilnować, a trudniej się pozbyć. Ostro oznaczone szranki rozgraniczające stany trudno się dały przeskakiwać. Majątek zaś, herby, przodkowie, nie zawsze w jednym znajdowały się rodzie. Duma i pieniądze często w małżeństwach szukały połączenia - częściej, tak jak i teraz, stawały się straszliwą dla miłości skałą. Stary baron Wardstein, znakomitej familii, jedną miał córkę, ale majątek jego zbyt był szczupłym, aby świetność chylącego się domu był w stanie utrzymać, tym mniej wesprzeć i ożywić. Z żalem patrzał na poszczerbione blanki, których odnowić nie miał sposobu; z żalem patrzał na bujne chwasty, czepiające się po basztach, i wtedy z jedyną nadzieją spoglądał na swą córkę bujno rozkwitającą, z nadzieją wydania jej bogato za mąż. Z dziedziną barona graniczył hrabia Reudlin; nie wyrównywał mu wprawdzie dawnością i powagą domu, lecz przewyższał go znakomitym majątkiem. Jedynak, syn hrabiego, mocno się zajął wdziękami Adeli, a zręczny baron, podsycając zapał młodego Reudlina, pewnego w nim upatrywał zięcia. Hrabiowie Reudlin wcześnie się chwycili stronnictwa reformy religijnej. Później i baron stał się protestantem, może więcej dla zbliżenia się z hrabią i widoków politycznych, jak z przekonania. Wielu bowiem zrujnowanych panów, początkowo polityczne stronnictwo w reformie upatrując, z zapałem się do niej rzucali, rojąc sposobność odzyskania lub nabycia majątków i wzbicia się do nowego znaczenia i świetności. Wszystkim tym jednak pięknym rachubom, jak zwykle się w ludzkich dzieje sprawach, okoliczności inny nadały kierunek. Baron Wardstein zapalonym był alchemikiem. Nie poświęcając się nauce teoretycznie, utrzymywał laboratorium i laborantów. Sam znał się ze wszystkimi alchemikami w Bazylei; mile przyjmował wszystkich wędrownych pracowników, których tylu wtedy włóczyło się po Niemczech, i - o ile mu szczupłe zasoby dozwoliły - sprawdzał recepty Lulliusza, Gebera, Valentyna, a najczęściej wedle memfickiej czarodziejskiej tablicy mięszał i prażył, co mu pod rękę podpadło. Baron posiadał piękną bibliotekę alchemiczną; Sędziwoj dla zbioru tych pism, poleconych sobie, starał się uzyskać wstęp do zamku Wardstein. Młody Polak jako szlachcic i jako alchemik wstęp ten łatwo uzyskał. Sztywne i uniżone obejście się gości barona niekorzystnie odbijało od swobodnego i śmiałego postępowania Polaka. Jego postać szlachetna, bogaty strój cudzoziemski, mowa szczera, wszystko zwracało na niego uwagę i nie dozwalało baronowi traktować go na równi z brudną czeredą wędrownych dmucharzy. Tym bardziej, iż Sędziwoj, nie wymagając za doświadczenia zapłaty, sam często pracownią barona zasilał. Niespodziany stosunek zbliżył go jeszcze więcej. Ochmistrzyni Adeli i kobiecego dworu była rodem z Czech. Powinowactwo języka, zwłaszcza wtedy, kiedy prawie każdy ukształcony Polak umiał po czesku, przysunęła go do ochmistrzyni, a tym samym do Adeli. Umysł tej ostatniej zawczasu opowiadaniem ochmistrzyni dobrze był o cudzoziemcu uprzedzony. Poznanie się ich i połączenie uczuć nastąpiło prawie zarazem, jednocześnie, tak jak się to często dzieje, iż zakochani później dopiero przez długi czas rozważają, przypominają sobie i domyślają się, jakim sposobem poznali się, jakim sposobem los zetknął ich serca na drodze życia. Ochmistrzyni, bawiąc wiele lat między Niemcami, nieprzychylność ku nim uśpiła na długo. Zjawienie się Sędziwoja, jeśli nie ożywiło tej nieprzyjaźni, ożywiło przynajmniej przychylność dla spółplemienina. W skutku tego stara panna powstającą miłość Sędziwoja i Adeli zasilała nadzieją, może z początku przez pospolitą skłonność kojarzenia, może później, rojąc dla siebie korzystniejsze stosunki, gdyby szlachetny Michael Sendivogius połączył się ślubem z baronówną von Wardstein, co nie zdawało się tak dalece niepodobnym do wykonania. Niedługo jednak trwało omanienie. Młody hrabia Reudlin, już prawie narzeczony Adeli, człowiek dziki i nieukształcony z charakteru, równie jak i zewnętrznej postaci, a przy tym dumny nad miarę, z niechęcią patrzał, że baron Sędziwoja, alchemika, laboranta, to jest człowieka z rodzaju sług, przypuszcza do swego towarzystwa, że się z nim prawie jak z równym sobie obchodzi. Młody hrabia spostrzegł, iż Adela rozmawiała z Polakiem przy ochmistrzyni. Instynktowo przewidywał w nim współzawodnika, a zapalony zazdrością żądał od ojca Adeli, aby Sędziwojowi wstępu do domu zabronił. Uwagi barona rozjątrzyły go tylko. I baron z obawy utracenia zięcia pozbył się Sędziwoja, nie bez żalu jednak i tak, jakby żałował stłuczenia pięknej jakiej retorty. Polak dumnie tylko i z ironią odrzekł słów kilka na jakiś grzeczny pozór wyprosin. Miał w sercu pociechę, iż się obawiają jego spółzawodnictwa, był to balsam dla próżności. Lecz teraz dopiero ochmistrzyni i Adela, spostrzegłszy ważność lekkomyślnie zawartych stosunków, przeraziły się. Pierwszej stanęły na myśli wszystkie nieprzebyte zawady do skojarzenia związku Adeli z Sędziwojem. Zawady różności religii, nieodpowiedniość majątku, brak znaczenia i tytułów, dla których baron gotów był wszystko poświęcić. Ale o dalsze zachowanie miłosnych stosunków już Sędziwoj nie pytał się ochmistrzyni, a ta, nie mogąc im zapobiec, tylko ukryć starała się. Adela nienawidząc swego narzeczonego, nie patrząc, co stąd wyniknie, żyjąc w teraźniejszości, w niej szukała osłody przykrych myśli o dalszym swym losie. Za ogrodem zamkowym był przepaścisty w skałach wąwóz, który za dostateczną uważano obronę, tak iż z tej strony żadnego nie było muru. Sędziwoj przebywał go i naśladując odległy śpiew wieśniaków dawał znak swej ulubionej; pomimo przeszkód, pomimo śledzenia hrabiego Reudlin, prawie co wieczór widywał Adelę.
sexshop Podwiązka |
||||
| następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


