Sędziwoj - II. Mistrz

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: DziekoÅ„ski Józef Bohdan   
02.12.2008.

"Tajemnicza ścieżka, wznosząc się wiedzie mnie w górę!"
Szyller

 

NA PIĘKNEJ RÓWNINIE POŚRÓD gór otoczonej wokoło potężnymi skałami, był z jednej strony otwór jak wielka brama do ogromnej jaskini.

Przed tym wejściem na posłaniu z mchu leżała śpiąca Arminia. Kosmopolita z założonymi rękami stojąc obok wpatrywał się w jej rysy. Wielka i czysta tarcza księżyca wolno wysuwała się spoza skał i bladym blaskiem napełniała dolinę. Niebo wydawało się jak niezmierny ocean, równe, spokojne, ledwo tu i owdzie drżała drobna gwiazdka. Powietrze było nieruchome i ciche, najmniejszy szmer żadnego ruchu nie objawiał. Naokoło skały i tłum rozproszonych kamieni ostry cień rzucały, wydając się niby pomnikami grobowymi; a jakby na tej dolinie wiecznego milczenia i ludzie przerywać ciszy nie zdołali, tych dwoje nieruchomych niczym nie zdradzało życia.


Na zawsze jednostajnym, niezmiennie pogodnym czole Kosmopolity dziś pierwszy raz od lat tylu osiadła troska i oczy jego przyćmiła. Arminia niebiańską niewinnością twarzy podobna była do anioła, którego by grom śmierci śród modlitwy uderzył i odebrał życie nie śmiejąc zetrzeć wyrazu świętego uniesienia. Mędrzec wreszcie odwrócił oczy od czarującego widoku, przykrył śpiącą przejrzystą zasłoną i wolno wszedł do jaskini.

W głębi wytryskał zdrój i okrążając jednę ścianę płynął cicho i niknął śród ciemnych i coraz zniżających się skał. Kosmopolita wyjął dziwnego kształtu przejrzystą flaszkę, odetkał ją i wylał płyn w niej zawarty w zdrój. W tej chwili buchnął płomień błękitny i w ognistych językach to unosił się w powietrzu i wybiegał aż za ściany skał na zewnątrz, to znów płynąc na wodzie ginął razem ze strumieniem w ciemnych otworach w głębi góry. Od fantastycznych szczerbów i załamań ścian niezmiernej jaskini uderzyła rażąca jasność.

Mędrzec zrzucił wielki płaszcz, którym był obwinięty, odkrył głowę, wystąpił bardziej na środek, zwykłym spokojnym głosem wyrzekł kilka wyrazów w nieznanym języku, który pewnie po raz pierwszy odbił się od skał w tym samotnym schronieniu.

Żyjące światło rozszerzało się, jakby ściany jaskini cofały się, oddalały do nieskończoności; jasny krąg księżyca wylewał ze swych brzegów, roztapiał się, iż w końcu wszystko zostało pochłonięte jednym światłym obszarem. Na tym tle magicznym niezmiernego obrazu, w odległości, a jednak wyraźnie, wystąpiły rozmaite, rozrzucone postacie. Kilkadziesiąt ich tylko było; jedni w wieku podeszłym nad księgami, w pracowniach lub wzrokiem ku gwiazdom zwróconym badali ostatnie tajemnice stworzenia; inni śród dzikiej natury samą potęgą myśli toczyli nieskończoną rozmowę z duchem świata; najmniejsza liczba młodych badała tylko cuda życia ludzkiego; lecz wszystkie te twarze, różne od zwykłych ludzi, jaśniały niezatartym wyrazem nieśmiertelności. Na to jedno wezwanie współbrata i wyznawcy wszyscy śród katakumb tebańskich, znad brzegów Gangesu, ruin Rzymu, niedostępnych pustyń Arabii i wiecznych lodów Północy, wszyscy zwrócili spojrzenie ku widzącemu. Fale światła otaczającego mędrców drgały i harmonijne, łagodne dźwięki rozpraszały w przestrzeni. - Mistrz, ze smutniejszą jak zwykle twarzą, na której już ziemskie zaczynały się odbijać uczucia, odezwał się:

- Posłuszny świętym prawom bractwa naszego miałem być niewidzialnym opiekunem nieszczęśliwego, upadłego brata naszego Tholdena! Przekleństwo, które on rzucił, oburza mnie. To przekleństwo niewidzialne unosi się nad ich głową, w córce jego rodzi już początek skłonności ku człowiekowi bezsilnemu, który dla sławy i władzy gotów do poświęcenia myśli. Ten sam wyzwał mnie w imieniu potężnych praw, bym został jego mistrzem; a tak obowiązek nie dozwolił mi unikać przeznaczenia, które przewidywałem.

- Ja kocham Arminią, ale błąd ten w łonie swoim rodzi razem pociechę, bo nigdy szlachetniejszy utwór nie wyszedł z rąk Twórcy.

- Nie wolno nam roztrząsać okropnych przyczyn, dla których została sierotą, lecz obowiązkiem moim jest nadać jej opiekę. Jej serce jest jak klejnot najczystszej wody; rozsądna wola mistrza może je ukształcić w cudowną istotę. Ludzie patrzą i słuchają jej nie domyślając się, że w tej czarownej postaci nieoceniony skarb się zawiera.

- Ze strony ziemskiej grozi jej niebezpieczeństwo. Człowiek-lekarz, szatańska parodia tego świętego powołania, rzucił na nią oko i gotów na wszystko. Przerażony, iż tam muszę szukać rady gdzie bym rozkazywać powinien, zbadałem moją duszę! - Niebaczny, zatrzymując wieczną młodość chciałem bezkarnie doświadczać rozkoszy ludzkich uczuć i zarazem panować nad nimi! - A z łona niezniszczonej młodości rozkwitł zatruty kwiat miłości ziemskiej! - I oto sztuka moja zaczyna mnie opuszczać. Czuję, iż rdza cielesna niszczy powoli moją władzę. Sprawdziłem surowe prawo, które nam zabrania widzieć przyszłości istot, dla których doświadczamy ułomności ludzkich chęci: miłości, zazdrości i nienawiści! - Przyszłosć jej, równie jak moja, jest mi zakryta. Wpośród cieni i potworów krążących w przestrzeni, widzę jak przez mgłę nieszczęścia zgromadzające się nad ich głowami, lecz wszystko dokoła mnie jest ciemne.

- I odwieczni potomkowie światła, od waszej potężnej myśli szukam jedynej rady, tam gdzie serce moje zaczyna się mięszać.

- Wróg rodu cieszy się dziś ze stanu twojego umysłu! Współbracie! Już dalekie te czasy, w których rada nasza prawie codziennie otwierała ci pole niezmierzonej nauki. Przywiązanie do gliny znaczny postęp w twoim sercu zrobiło! Zwierciadło duszy nie może razem odbijać nieba i ziemi. - Słuchając harmonijnych sfer nieskończoności drobne tony wesołych śpiewów ludzi muszą ucichnąć! Widziemy! stoisz nad przepaścią, cofnij się! - Wspomnij na warunek naszego bytu i nie mięszaj się do praw ludzkich; to skała, o którą tylu naszych braci się rozbiło. Wspomnij na los Tholdena! I on wzgardził życiem, gdy się raz do prochu przywiązał; i on poświęcił życie pełne chwały i spokoju, szczęścia niepojętego dla niewcielonych.

- Tak! - rzekł widzący - ale on obrał późny wiek na stały stopień swego bytu. I po cóż, szalony, chciał wzbudzić miłość, gdzie tylko wdzięczność dla starca mogła roztleć? Darował się ziemskim uczuciom niepodzielnie; stracił władzę, a wróg rodu natchnął go brudną namiętnością i ze skalanych ust wyrzucając przekleństwo padł sam jego ofiarą. Jeżeli i ze mną ma się spełnić cała miara, jeżeli oczy moje zawarte zostaną dla niewidzialnych - więc oczyszczę siebie wcielając ją do bractwa! Zachowałem ją dla swego życia, przygotuję do naszego bytu.

- O rozkoszna myśli! Oczyścić ją z wszelkich żądz ziemskich i w najczystszej miłości znowu przebywać wieki; znowu potężny i czysty słuchając nieskończonych harmonii sfer, nie związany żadną ziemską chęcią, bo i ona należałaby do jednego akordu, żyć na ziemi, a za życia należeć do nieba.

- Synu upadający! - brzmiał głos braci światła - ty spodziewasz się istotę żyjącą tylko sercem, czuciem, zawieść tam, dokąd jedynie najczystsza, najpotężniejsza myśl doprowadzić może? Przypomnij, z tylu wezwanych wielu przebyło straszliwe próby, ilu ich upadło, a jak byli silni! I ty, zaślepiony, córkę ziemi, kobietę, spodziewasz się doprowadzić tam, dokąd najsilniejsi dojść nie mogli i zbłąkani ginęli! Czy rozumiesz, że oczy kobiety zdołają wytrzymać jedno spojrzenie strasznego? Ona nigdy cię nie zrozumie. Jej cel, jej przeznaczenie - ten ziemski zakres; a jeżeli kiedy wzbije się wyżej, to jej nie ujdzie bezkarnie. Jak gołąb, uciekając od szpon jastrzębia, wzleci pod obłoki - to później sił mu nie staje i spada, roztrąca się o ziemię, z której za wysoko na swe skrzydło się wzniósł.

- Inne są warunki bytu zwyczajnych ludzi, szczęśliwi razem po ziemi idą do grobu i poza grobem dusze ich złączone przedłużają hymn miłości. Ale ty - synu wieków, w zwyczajnej miłości nie szukaj trwałego uczucia. Jej życie jest poruszeniem jednej fali w porównaniu z niezmierzonym oceanem naszego bytu! - Życie człowieka jest jedną chwilą wobec wieków naszego istnienia. I masz-że dla niej poświęcać to, co przez tysiące lat trwale i dumnie śród burz i walk dzieci ziemskich zatrzymywałeś? - Czyż spodziewasz się, że dusza jej odbije twoje uczucia? cień ich tylko, gdzie u ciebie światło! - Jej dusza, choćby najczystsza, nie pojmie cię. Ty - mąż - staniesz jej za świat; jej syn będzie więcej jak ty i świat. Ona się przestraszy i z trwogą odepchnie inne uczucia, które by poświęcenia tamtych wymagały dla objęcia miłością całego ogromu. Ona nie pojmie, że to są zawady odwiecznego szczęścia na ziemi! A ty, przeglądając się w jej duszy mimowolnie, niepostrzeżenie zniżysz się i upadniesz! A jeślibyś wytrwał - współbracie wieków, w co się obróci ta miłość, gdy prochem już będzie forma, co ją wzbudziła - będzie wspomnieniem jednej chwili, chwili słabości!...

- Ach! - rzekł widzący - ludzie nieraz dla jednego wspomnienia poświęcają wieczność.

- Ale ty! - dodał głos - pamiętaj, iż kto chce żyć wiecznie, musi nie ziemskie prowadzić życie! Wasze dusze nawet się po śmierci nie zrozumieją.

- Przyszłości ucznia twego nie badaj; gorąca chęć przezwycięża wiele, może nawet duszę przetworzyć! Jego przyszłości nie badaj przez wzgląd na siebie.

- Posiadanie kamienia mędrców wyrwie go z jednej części ciężkich więzów, które krępują ludzkość; niedostatek już nie zdoła go zaczepić; praca stanie mu się niepotrzebna; będzie się uczył rozkazywać, a ma się uczyć panować nad sobą. - Po długich dopiero próbach przyszłość okaże, czy potrafi znieść eliksir wiecznego życia. - Jeśli jest pospolity, na próżno będzie chciał ludziom stawić czoło; potok go porwie i popłynie z innymi. Chcąc się im oprzeć musi nabrać sił wyższych, co oni zowią nadludzkich. Niech wzrok natęża, aby widział, co dla nich zakryte, aby słyszał co dla nich głuche - rozkazywał, gdzie oni błagają lub giną. A czując te siły mimo ich nienawiść, ich pochwały, ich zdrady, myśli i zdania stać będzie jako wyniosły dąb, z którego liściami burza igra na kształt powiewu wiosny! - I ty takim bytem chcesz wzgardzić...

Światło poczynało blednąć, postaci coraz niewyraźniejsze niknęły jedne po drugich, gdy Kosmopolita, wyciągając ręce na dwie strony, zawołał żywo:

- Nieśmiertelność albo miłość!... - Lecz ciemno i cicho zrobiło się dokoła, a na twarzy jego od pięciu tysięcy lat po raz pierwszy odbiła się głęboka boleść.


sexshop on line
Samochwała u drzwi stała, nie szła dalej, bo się bała.

 
« poprzedni artykuÅ‚   nastÄ™pny artykuÅ‚ »