Sędziwoj - II. Ostatnie wzwanie

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Dziekoński Józef Bohdan   
02.12.2008.

"Duch sam sobie jest wszystkim, miejsca mu nie trzeba,
Sam sobie z piekła niebo, piekło robi z nieba."
Miltona Raj utracony, Pieśń I

W CIEMNYM I OBSZERNYM podziemiu jednej z narożnych wież drezdeńskiego zaniku spoczywał na garści zbutwiałej słomy Kosmopolita. Dzban wody i kawał chleba, od kilku dni nie tknięte, leżały obok niego na wilgotnym kamieniu podłogi. Naprzeciw, wysoko, było małe okienko przedzielone dwoma żelaznymi sztabami, które na jasnym tle pogodnego nieba wydawały się jak czarny krzyż. Kilka gwiazd przesyłało drżące promiona obok tego znaku zbawienia do ponurego lochu. Już trzy dni po pierwszych torturach więzień spoczywał. Wszystko w mieście spało w głębokim milczeniu, do podziemia dolatywał tylko czasami odgłos warty.

Kosmopolita powstał, zbliżył się do okienka, patrzał długo w ubrylantowane gwiazdami niebo i utonął w myślach.


*

I dlaczegóż synowie światła nie okazują ci się? - Dlaczegóż współwyznawcy wielkiego bractwa głuchymi są na twoje wezwanie? - Kabalisto, czy czary twoje już są bezsilne? - Bledniejesz, serce twoje drży. Nie takim byłeś niegdyś, kiedy duchy światłości posłuszne były twoim rozkazom! Nie zioła to, nie czary, nie słowa tajemnicze, ale dusza rozkazuje dzieciom eteru, a dusza twoja ustąpiła swego berła miłości - miłości ziemskiej, której córką jest śmierć.

- O młody Chaldejczyku, pomimo niezliczonych wieków twego życia równie młody jak w owych czasach, kiedy nieczuły na piękność, nieczuły na rozkosze, słuchałeś na odwiecznej wieży ognia harmonią gwiazd nauczającą cię ostatnich tajemnic zwyciężających śmierć, a teraz boisz się śmierci? Nauka więc twoja jest kołem, która cię przywodzi do punktu, z któregoś wyszedł.

- Mistrze nie słuchają już twojego głosu! - Synowie światła gwieździstego nie odwiedzają duszy, w której namiętności ćmią wzrok najczystszej myśli.

- Lecz jest jeszcze sposób! - Wahasz się?

*

Więzień odstąpił od okna w głąb więzienia i z wolna wyrzekł:

- Na potężne zaklęcie nieśmiertelnej sztuki, synowie światła, wyzywam was! - Zrzekam się władzy! - Po raz ostatni chcę widzieć was! - Choćbym upadł jak strącony anioł, wy, coście mnie tyle wieków wiedli śród państw ciemności, nie możecie opuścić. - Na tej ziemi syn prochu, jednak nieśmiertelny, składam mą potęgę; w jej imię po raz ostatni wyzywam was, ozwijcie się!

Śród brzmienia oddalonych dźwięków w harmonijnych tonach, jakich ludzkie nie słyszało ucho, olbrzymie promiona rażącego blasku błysły w ciemnym lochu. Wszystko, co ziemskie, spłynęło sprzed oczu na falach światłości. Ściany więzienia cofnęły się w przestrzeń nieskończoną. A śród oceanu eteru wyskakiwały pojedynczo z zakątków ziemi postacie mędrców. Siedmdziesiąt i kilku ich tylko było.

- Com przepowiedział - ozwał się jeden głos - stało się; widzący, upadłeś!

- Tu obok ciebie, jednak tobie niewidzialny, spoczywa wróg rodu i czyha na swoją ofiarę, jeden krok cię od niego oddziela. Teraz już nie znasz siebie. Sam stanąłeś na granicy dwóch światów! Dzień ślubu twojego był dniem śmierci twojej chwały i siły!

- Gdybyś był niegdyś odłożył czas ostatniej inicjacji do najwyższych tajemnic, aż do pory, w której wiek późniejszy ostudzi serce, byłbyś uniknął upadku! Teraz z wieku w wiek żałować będziesz zuchwałej dumy, która cię natchnęła do prośby o zachowanie piękności i uczuć młodzieńczych z straszliwą wielkością nieśmiertelności!

- Nie będę żałować - rzekł mędrzec.

- Uniesienia radości, tęsknota smutku, które moim istnieniem kołysały, więcej warte niż tysiące lat życia mistrzów naszych. Nie kochając nic i niczego nienawidząc życie ich upływa jako jeden letarg ciągły.

- Lecz my spełniamy cel żywota - odparł głos - żyjąc badaniem prawdy i czcią jej, każde posunięcie myśli napełnia rozkoszą nie znaną ludziom zwyczajnym, nieprzeliczone pasmo naszego życia. A twój cel, gdzież on jest teraz? Na co ci się cała mądrość przydała, kiedy nie mogłeś zbadać serca jednej prostej dziewczyny?

- Tak! - rzekł mędrzec. - Od pięciu tysięcy lat badam cuda stworzenia, a nie mogłem odkryć ani połowy tych, jakie zawiera jedno proste serce człowieka.

- Nie mogłeś jej natchnąć miłością, dla której gotów byś się zrzec klejnotu twego istnienia - nieśmiertelności!

- Mogłem ją natchnąć uczuciem podobnym do miłości - rzekł widzący - bo i cóż trudnego dla silnej woli, aby wszystkie jej myśli otoczyć jednym kołem, za którym by nic oprócz mnie i tylko mnie widziała? - Najprostszy z uczniów naszych zdołałby rzucić ten urok na duszę kobiety; lecz byłażby to miłość jakiej ja żądam? - Ja gardziłbym takim przywiązaniem. Chciałem, aby ona sama, całym ogniem czystej namiętności duszy przywiązała się do mnie, bo nie niewolnika, lecz równą sobie chciałem mieć kochankę.

- Zwyczajnych ludzi harmonia serc - rzekł Jeden z mistrzów - przed przybyciem ich na świat, jak dwa tony jednego akordu, już są dla siebie przeznaczone, lecz gdzież znajdziesz śmiertelną córkę prochu, która by odpowiedziała na twoje westchnienia! I oto teraz podziwiaj twoje własne dzieło; chciałeś ją wybawić z ciążącego przekleństwa i sam zwaliłeś je na swoją głowę, chciałeś ją wyrwać z niebezpieczeństwa, a oto teraz opuszczoną los chwycił w żelazne szpony i wystawił na wszystkie napaści złośliwych... I nie możesz ani przewidywać, ani jej ratować... Nie bluźnij przeciw twej mądrości, bo przecie odwieczne jej prawa tajnymi ci nie były. Potęga mądrości ginie tam, gdzie się wmiesza uczucie lub namiętność, zimna myśl traci władzę w przywiązaniu i wchodzeniu w zwyczajne ziemskie stosunki; i ty podpadłeś teraz prześladowaniom, które dawniej ze śmiechem uchylić umiałeś. A zapomniałeś, że zdradliwa miłość kobiety zwyczajnego nawet człowieka natchnie wyższym dążeniem, biedny! będzie mniemał, iż na anielskich skrzydłach do nieba uleci.

- A jeśli zawierzy jej spojrzeniu, musi potem samotny wznosić się w sfery, za którymi wzdycha, bo kochanka jego przykuta do ziemi - wyszydzi ogień, który wznieciła, albo go łzami swoimi zagasi!

- Lecz orzeł nie powinien naśladować krzątań się jaskółek ani miłosnych gruchań turkawki.

- Przypatrz się nieuchronnemu przekleństwu, które w ślad idzie za połączeniem się wzniosłej istoty ze zwyczajnym stworzeniem. Twojej natury ona nie pozna, poświęcenie będzie uważać za złe. Bo istota na najniższym szczeblu duchowym stojąca, w tym, który szczytu sięga, widzieć będzie czarownika lub szatana. I, biedny tytanie, czy masz jeszcze łzy?

- Nie na łzy, lecz na całą krew moją, synowie światła, zaklinam was! Nie dla mnie, lecz dla niej wskażcie ratunek, szczęście! - Żadna ofiara nie będzie mi trudną; powróćcie ją światu, obrońcie od zdrad, które by ją w przepaść pociągnąć mogły.

- Bojaźń jest więzem łączącym człowieka z najgrubszą częścią ziemi, jego mieszkaniem, i przeszkadza mu się wznieść. Lecz ty czy nie zrozumiałeś, że kochać jest toż samo, co obawiać się? - Nie widziszże, że władza, którą się chlubisz, panowania nad wrogiem, już jest daleką od ciebie? Już on wpływa, usiłuje cię strachem napełnić, zwieść cię i wyszydzić!

- A teraz dwie są tylko drogi! Możesz zachować warunki odwiecznego twego bytu. Opuść miłość, rozłącz się z kochanką, niech los jej spełni się sam przez się. Uwolnij się z wszystkich więzów, które wzrok twój ćmią, od bojaźni, nadziei, żalu i z czystą myślą rzuć się w nasze objęcia!

- Albo jeżeli chcesz kilka chwil jej życia uszczęśliwić, wtedy pozbawiony władzy, jako zwyczajny człowiek, spełnij swój los. Tą pokutą oczyszczony prędzej przebędziesz drogę; i na chwilę odzyskasz władzę, ale zobaczemy się dopiero tam, gdzie już nigdy niepokoje ziemskiej dumy nie dochodzą...

- Lecz, aby się tam dostać, poznaj...

- Śmierć! - dokończył Chaldejczyk opuściwszy głowę, a promieniści synowie światła z nową harmonią na falach jasności rozpłynęli się w eterze.


odzież Ledapol
Sen mara, Bog wiara.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »