Sędziwoj - II. Spełnienie |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | ||||
| 02.12.2008. | ||||
Strona 1 z 2 "Aladyn wsiadł na konia. Wyjechawszy z rodzicielskiego domu,
NIEDALEKO BRAM BAZYLEI, NA pochyłości wzgórza, obok drogi, stała nędzna lepianka z kuźnią zamieszkana przez ubogiego kowala, u tego szukał Sędziwoj schronienia. Obawa o własne bezpieczeństwo pierwszy raz go napastowała. Czuł, iż z pierwszą pomyślnością rozpoczęło się pierwsze prześladowanie. Tajemnie więc opuścił mieszkanie i w tym niepozornym schronieniu oczekiwał wiernego Jana, który był jeszcze w mieście zajęty przygotowaniami do podróży. Był to jakiś dzień świąteczny, kowal z swoim synem opuścił chatę. Sędziwoj sam jeden pozostał. Już południe dawno minęło, a służący nie wracał. Z niespokojnością spoglądał na miasto prawie u stóp jego rozwinięte, w którym przeżył tyle cierpień, w którym dziwaczny los jego życia rozstrzygnął się na zawsze. Wodząc błędny wzrok po szczytach budowli ujrzał dach domu, pod którym tyle godzin nadziei razem z dymem uleciało, wspomniał na dziwaczne kamienne ozdoby i jak elektryczne wstrząśnienie przebiegło go: przypomniał sobie postać potworu i skwapliwie odwrócił oczy. Opodal błyszczały wysokie szczyty zamku Wardstein i znowu imię kochanki prawie jak wyrzut sumienia odezwało mu się w sercu; a tak każde rzucenie oka przywoływało jeden ustęp z jego przeszłości i wszystkie łączyły się w jeden obraz, jak sen, w którego rzeczywistość nie wierzylibyśmy, gdyby nas wewnętrzny mimowolny głos o jego bytności nie przekonywał. Dawniej rozumiał, iż wraz z posiadaniem kamienia mędrców, dysharmonia przeszłości umilknie; bo i cóż może zrównać rozkoszy geniuszu, kiedy się wydobędzie z długiej ciemności i mozołu, aby używał światła, sławy i życia - tych owoców swojej potęgi! - Ale młodzieniec czuł aż nadto dobrze, że obca władza nadała mu udział w tajemnicy, a duchowa jej wartość jeszcze od niego daleko. Teraz nowe, nieznane w jego sercu żądze budziły się, jakaś gorączka opanowała go - jak ostrogi rumaka powściąganego, chciałby jak najprędzej zacząć używać swej władzy. Badał sam siebie czego by naprzód żądał, czego by brakło do szczęścia; wszystkie życzenia lat młodzieńczych przechodził w pamięci z kolei, i na każde zniechęcone serce odpowiadało mu bolesnym: - Nie! - A przy samym wstępie do nowego życia stał się dla siebie zagadką. Nad miastem gęste, ciemne chmury opuszczały się coraz niżej. Przez szczerby ich czasami pasmo bladych promion słońca jak przez okno padnie ukośnie i posępnie oświeci dolinę, a znów nienawistna ciemność ją zasłoni. Z daleka długie pasy deszczu jak szarfy spuszczały się z obłoków na ziemię, a świeży chłodny wiatr czasami nagle i krótko przebiegł przez duszące powietrze. Odległy grzmot coraz bliższy i częstszy w głuchym echu gór się rozchodził i gęste wężykowe błyskawice przelatały ponad miastem, a szczyty wież i krzyże iskrzyły się na czarnym tle nieba. Ten widok zachwycił młodzieńca. Dusza jego mimowolnie radowała się nadchodzącej burzy: zgodniejsza była z tonami jego myśli. Oddychał pełno i głęboko, cisza nastąpiła zupełna i wszystkie chmury i kłęby nawałnicy połączyły się w jeden czarny całun. Nagle rażąca jasność rozdarła niebo i jaskrawym połyskiem oblała gmachy miasta, w tejże chwili okropny grzmot się rozległ - piorun uderzył w wieżę kościoła Panny Marii! - Świetna iskra jak wąż obwinęła się spiralnie około wieży i znikła w kolumnadzie u jej podstawy. Zaledwo łoskot gromu rozchwiał się w ciężkim powietrzu, gdy z otworów wieży i dachu kościoła wyleciała niezliczona ilość wron, kruków i kawek; czarną chmarą zaćmiła na chwilę ciemne obłoki i rozpierzchła się nad miastem roznosząc złowrogie wrzaski. Nad zegarem, u spodu wieży, zajaśniało światło, jakby latarni: był to początek zniszczenia, hasło, że się przyjął piorun. Świeży wiatr powiał od zachodu, a wnet też i okna w wieży rozświecały się. Poważne dzwony, wolno, grobowym głosem zaczęły uderzać znak trwogi. Lud jak z poruszonego mrowiska garnął się zewsząd na plac, lecz musiał zostać tylko bezczynnym świadkiem pożaru; za wysoko się rozpoczął, aby go można było gasić. Piramida wieży poczęła wyrzucać wszystkimi otworami długie wytryski płomienia, które z każdą chwilą powiększały się, rosły śród widomych bałwanów dymu. Hałas powiększał się i tłumy ludu cisnęły do bram miasta. Burza na niebie, jakby dopełniała swego przeznaczenia, uchodziła daleko, kręte słupy dymu wiatr wysoko za nią pędził i grzmot coraz głuchszym się stawał. Płomienie obwinęły i zakryły wieżę, tylko krzyż czernił się na niej. Ogień i wrzawa w przerażający sposób się zwiększały, aż po niejakim czasie wysoka wieża ognista zachwiała się i padła jak długa na szczyt dachu kościelnego, zawisła w powietrzu parę sekund i runęła z okropnym trzaskiem na domy, a druzgocąc dachy rozniosła wokoło pożar. Z podstawy jej uwolnione od zawady płomienie buchnęły z nową gwałtownością; ogień objął cały kościół. Galerie pękały, kolumny i arkady zawalały się i oko błądziło w ich śladach ognistych. Sklepienia świątyni huczały pod ognistym gradem cegieł, kamieni i belek, jak odgłos armat śród szturmu. Poddmuchnięte czasem płomienie wionęły śród czarnego dymu do niesłychanej wysokości, jako krwawy sztandar zniszczenia, to znów tysiącznych kolorów ogniste języki wichrami rozczochrane igrały we wszystkie strony. W niemym podziwieniu, zapomniawszy o sobie, spokojnie spoglądał młodzieniec na tę burzę pożaru. Wieczór już nadszedł, na ciemnym niebie jaskrawo odbijały się płomienie i fantastyczne ich kształty daleko rozświecały załomy skał i zieloną dolinę błękitną powłóczyły barwą. A raz płomień podobny był do palczastej dłoni szatana rozsiewającego w powietrzu iskry, jak miliony zaklętego złota, to znów dym podobny był do węża wijącego się w górę, rosnącego do nadzwyczajnej wielkości, a nad nim jakby ulatywała postać Tholdena - i Sędziwoj szybko odwrócił oczy od pożaru w drugą stronę. Tam jasny księżyc srebrzystą siatką powłóczył nurty Renu i cichym światłem błogosławił dachy skromnych chat wieśniaczych i krzyże stojące obok drogi otaczał wieńcami bladych promion. I dwa te światła, pożaru i gwiazd, były jakoby władze dwóch przeciwnych sobie pierwiastków: złego i dobrego; a zarazem ten pożar przemawiał do duszy jego, jakby był symbolem zniszczenia marzeń o szczęściu, z tej pory, dla której jedynie warto żyć na ziemi - młodości! Przypomniał sobie przepowiednią Kosmopolity o zniszczeniu świątyni i tajemna jakaś trwoga wstrzęsła nim. Obejrzał się dokoła, nierad był sam zostawać ze swymi myślami. Wkrótce dał się słyszeć tętent konia i Jan, wiodąc za sobą drugiego konia luźnego, przybiegł przed kuźnią; Sędziwoj z radością go powitał. - Ach, panie! - zawołał służący, patrząc na miasto i żegnając się - Bogu najwyższemu niech będzie chwała; w szczęśliwą godzinę przyszła panu chęć porzucenia tego bezbożnego gniazda! Uciekajmy czym prędzej, póki czas, licho nie śpi, a to przestroga Najwyższego! - Cóż się stało? - zapytał Sędziwoj. - Teraz pana śledzą, szukają na drodze. Co się stało, abo pan nie wie? Rano, jak tylko pan kazał mnie uwiadomić, co mam robić i gdzie znaleźć, pobiegłem na miasto kupić konie. Patrz no pan, ten białonóżka, jak na niemiecką szkapę, niezłe bydlątko... - Cóż dalej - przerwał niecierpliwie Sędziwoj. - Otóż, kupiwszy konie od Niemca, przybiegam do domu, pana nie ma! Gospodyni wyszła i ja też poszedłem na rynek. Kupa ludu, jak zwyczajnie we święto, gromadziła się, ale coś między nimi szły szepty i namowy nie tak, jak zwyczajnie. Na niebie zabierało się na srogą nawałnicę, i dobrze. Wystaw sobie pan, kupa bezbożnych namawiała się, jakoby przeszkodzić nabożeństwu i wszcząć zamieszanie. Ja przed kościołem tylko się pomodliłem Panu Bogu. Gdy wtem oto pioruny zaczęły bić i w czasie nabożeństwa grom uderzył w kościół. Tłok, wrzawa, Boże ratuj! - podwoje lud, cisnąc się, zawarł, co tam naginęło! Wiadomo to; od piorunu ognia niczym nie ugasi, a tu się tak zajęło by siarka. Przypadam ja do domu, a tu lament, hałas. Wie panicz - ta chorowita gospodyni nasza, matka tej ładnej dziewczyny, spaliła się w kościele. Abo to ona jedna, teraz tam biedacy liczą, szukają się, każda rodzina ma kogoś, co nie dostaje! - Jak to! - zawołał Sędziwej - Beata Tholden zginęła? - Tak, panie, jak tu żyw stoję, i nie jedna ona. Mnóstwo ludzi się podusiło i popaliło w tym natłoku, a wielu wieża, jak spadła, zabiła. Panie Boże, ciężkie twoje dopuszczenie! - A córka jej, Arminia?
sex shop |
||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


