Sędziwoj - II. Spełnienie |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | ||||
| 02.12.2008. | ||||
Strona 2 z 2 -
Ta jakoś przypadkiem, widno już takie było przeznaczenie, onego dnia
nie była w kościele i ocalała. Ale i ona się zaraz, Bóg wie, kaj
podziała i to jakby cud. Bo tylko com ją widział, cała była we łzach,
ledwiem ją utrzymał, aby niebożątko w taki tumult i ulewę nie biegło,
miałem sam wyjść, aż tu nadszedł ten wysoki cudzoziemiec, ten książę,
czy co to za jeden, co to ludzie o nim szeptali że... już mnie pan
rozumie, że ma związki ze złym - otóż on kazał mi iść precz. Pobiegłem
ja do kościoła, ale gdzież tam, ani przystąpić! Tylośwa patrzali, jak
ołów i miedź roztopione jak strumienie ogniste spadały; głownie i cegły
daleko pękały, jakby je złe duchy rzucały! A w środku ryk, hałas! druga
Sodoma! - Ja też wspomniałem na pana, przeżegnałem się i powracam do
domu po konie, bo już wszystko było gotowe. Już mam wyjeżdżać, gdy oto
banda hultajów chwyta mnie, zsadza ze szkapy; dowodził nimi ten brudny
lekarz, pijanica, co to bywał na dole.
- A gdzie twój pan? - krzyczeli, klęli. - Przysięgam, że nie wiem. - Wiesz - wołali - uciekł z córką alchemika! - Dopiero wtedy spostrzegłem, że cały dom był zrabowany, spustoszony, Jak po wojnie. Oni zaprowadzili mnie do znajomej sobie karczmy, drzwi zaryglowali i przetrząsnęli całego. Jedni grozili rapierami, inni gotowali się do bicia i męczenia. Już czekałem śmierci, bo w owej okropnej chwili, kiedy przez okna tylko łuna pożaru i okrzyki ludu dochodziły mnie, toby nikt nie posłyszał wołania ani pospieszył na ratunek. Polecam się więc Panu Jezusowi, bolejąc tylko, iż tak pana samego zostawię, gdy oto ten wysoki, ten książę, co go to pan znasz, spadł jak z nieba. Nie widziałem nawet którędy ani jak wszedł; tylko raz zawołał na nich, a rozstąpili się i struchleli, jakby z kamienia. Byłem więcej umarły jak żywy, dlatego nie pamiętam, jak on mnie wyprowadził, dość że mnie wywiódł przed karczmę, gdzie były przywiązane oba konie. Tego mi też trzeba było. Noc już zaszła, co tchu więc czwałem za miasto pędziłem; gdyby nie ten pożar, co świecił, może bym i nie trafił. Chwała Bogu, że już się skończyło, a teraz uciekajmy. - Czy nic ci ten twój wybawca nie mówił? - Ale, ale, byłbym zahaczył, kazał mi panu powiedzieć, aby pan swego przyjaciela wykupił, ale ja nie wiem, co to znaczy. A teraz, panie, gdzie pojedziemy? Ja bym myślał, pozwoli pan słudze radzić, jedźmy do Krakowa - oto w tę stronę, panie, droga do domu. - Przywiąż teraz konie - przerwał Sędziwoj - i rozpal węgle w kuźni, potem tę oto sztabę rozpalisz w ognisku do czerwoności, tylko żwawo! - Jak to - zawołał przerażony Jan - panicz teraz wraca do alchemiki, teraz w tej porze? Wszelki duch Pana Boga chwali! Panie, Bóg nas ukarze! - Rób, co ci powiedziałem - odrzekł surowo Sędziwoj - albo idź ode mnie. - Niech pan wybaczy - odparł smutnie służący, a nakładając węgle, mówił dalej, jakby sam do siebie. - W przeszłym tygodniu odebraliśmy ostatnie nowiny z domu. Dłużnicy zabrali kopalnie w Kromołowie. Ostał się jedyny już dom po rodzicu w Krakowie i ten wynajęty; powróciwszy trza będzie pod cudzym dachem szukać schronienia. Ha! ciężko odpowie przed Panem Bogiem, kto tam wynalazł to grzebanie i dmuchanie w ogniu. - A ocierając rękawem łzy poprawił żaru. - Już sztaba rozpalona aż biała. Sędziwoj otworzył złotą puszkę, dostał z niej kawał czerwonej szklistej masy, odłupał ziarnko mniejsze od maku, zawinął je w żółty wosk i puścił na żelazną sztabę tak, iż w podłuż niej spłynęło; i na nowo pokryć żarem i miechem dąć kazał. Służący, oswojony z doświadczeniami alchemicznymi, próbę jednak tego rodzaju pierwszy raz widział, pilnie się więc przypatrywał, lecz gdy żywszy ogień błysnął i oświecił twarz Sędziwoja puszczając rękojeść miecha zawołał: - Jezus Maria! jakże się pan zmienił! Ledwo oczom moim wierzę! Jakby pan przez tę jednę noc złego ducha oglądał! Wstrząsnął się młodzieniec na to wspomnienie i cofnął w ciemniejszy głąb kuźni. W istocie, ta jedna noc na twarzy jego wywarła większy, choć różny, wpływ od kilku lat życia. Kwitnąca, rumiana cera, ów niepewny wyraz otwartej młodości, znikły zupełnie. Wszystkie jego rysy nabrały wyraźnych, stałych konturów; on sam czuł, iż tajemny wpływ, jakiemu uległ, wybił swoje piętno na całym jego jestestwie. - Panie! - odezwał się znowu służący podgarniając pryskające węgle - jak to ogień szumi i pryska, jakie to kolory dokoła żelaza igrają, jakby kawałki tęczy skakały nad żarem. - Już czas, wyciągnij sztabę i zahartuj wodą. Jan wydobył czerwone żelazo, ostudził je, a przypatrując się bliżej, obrócił na drugą stronę, uderzył o kowadło, doświadczył dźwięku, ciężaru i zdziwiony nie dowierzając sam sobie krzyknął: - To złoto! Sędziwoj zamyślony patrzał przed siebie, a Jan porównywał ciężar sztaby, zginał ją, próbował pilnikiem, aż wreszcie zawołał: - Jakem żyw, czyste złoto! I nie mogąc wstrzymać dłużej wzruszenia śmiał się, a miał łzy w oczach, skakał, ściskał kolana swego pana, ukląkł przed nim i z wyrazem najczulszej radości mówił: - Ha! więc się już skończyły twoje trudy, panie! Teraz już będziesz szczęśliwy! Paniczu kochany, teraz już powrócisz do ojczyzny! Boże miłosierny, czy ja się spodziewał kiedy te cuda oglądać! Przebacz, panie, ale ja nigdy nie wierzył tak szczerze, aby to być mogło - ale teraz widzę! nie śpię! tak jest, to złoto! czyste złoto, albośmy go to mało przetopili! - Tak, teraz już będziesz szczęśliwy! O, wielka w panu dusza! Wynalazłeś to, nad czym tysiące marnie traci głowę i żywot. Ale radosne uniesienia przywiązanego sługi nie rozpędzało ponurej chmury z czoła młodzieńca, uśmiechnął się z goryczą i w końcu rzekł posępnie: - Więc i ty, biedny Janie, wierzysz, że złoto jest szczęściem! A tak od najpierwszych do ostatnich szczebli rodu ludzkiego wszędzie złoto tymże samym talizmanem czczej nazwy bez istnienia! I kiedyż dosięgnę stopnia władzy, abym je mógł zniszczyć.
sex shop |
||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


