Sędziwoj - II. Sztutgard |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | |||||
| 02.12.2008. | |||||
Strona 1 z 3 "Dionizy Zachariasz, piękny młodzieniec, bardzo prędko wynalazł kamień mądrości. Wtedy nabrał ochoty zwiedzenia świata." DZIEŃ PRZYJAZDU SĘDZIWOJA do Sztudgardu był jakby uroczystością obchodzącą całe miasto. Już się ściemniało, bramy zamykano, a jeszcze potoki ludu szły lub wracały z jednego przedmieścia, w którym spustoszony klasztor sławny alchemik zajął na swoje mieszkanie. Z daleka łuna od świateł, dźwięki muzyki i gwar zabawy mimowolnie wabił ciekawych. Na kupach gruzów z rozwalonego muru, który otaczał dziedziniec i smętarz klasztorny, paliły się beczki smoły; od miejsca, gdzie niegdyś była brama, do głównego wejścia rozpięty był wielki pąsowy jedwabny namiot, ziemia pod nim czerwonym suknem usłana, boki otwarte, otoczone pomarańczowymi, laurowymi i cyprysowymi drzewami w wazonach, a krwawe światło, przedzierające się przez te zbytkowe krzewy białym okryte kwiatem, ponuro oświecało niedalekie grobowce i mogiły smętarza. Oba okna obok drzwi wchodowych ustrojone były dywanami, kwiatami, festonami bogatych materii i mnóstwem lamp kolorowych; z pośrodka okien biły wytryski wina i szumiąc, mieniąc się w świetle, spadały w wystawione wielkie konchy wyzłacane. Dokoła chciwa tłuszcza tłoczyła się, rozbijała o kosztowny napój; nasyceni, jak na pobojowisku, cokolwiek dalej pomiędzy grobami spoczywali na trawie. W klasztorze, którego i pożar nie oszczędził, zamiast dachu tylko gdzieniegdzie sterczały opalone belki. Wielkie okna pozbawione szyb i ram zasłonięte były przejrzystymi oponami w środkowych salach, gdzie się uczta odbywała; w dalszych skrzydłach gmachu, pustych, sczerniałych, tylko księżyc smutnie świecił przez wszystkie otwory. Przed dziedzińcem turkot zajeżdżających karoc, wołanie pachołków trzymających konie, okrzyki ludu, dzikie śpiewy pijanych, mięszały się w jeden hałas dziwnie z pierwszym przeznaczeniem i pozorem tego miejsca niezgodny. - Chodźmy już, sąsiedzie, do domu - rzekł któryś z mieszczan bliżej stojących - niech te opoje tu na śmierć się zapiją, nic tu już nowego nie wypatrzemy, a chłód nocy zaczyna dokuczać. - Zaczekajcie jeszcze - odrzekł pierwszy. - Wczoraj dopiero około północy on wyszedł na ganek. Mój czeladnik, Jakub, był przy tym i kiedy goście pili jego zdrowie, z ganku rzucał złote pieniądze węgierskie. - Cisnął ich pewnie więcej jak garniec - dodała kobieta. - Jakub schwycił jednę sztukę, sama ją widziałam, a moja kuma, wdowa Marta, przysięgała się, że jej narzeczony pięć sztuk złowił. - Ale też i guzów, szturchańców, niemało - dodał mieszczanin - całe oko miał sine. - Niech go tam licho z jego złotem - rzekł pierwszy - może jeszcze zaklęte, rzuca jak psom, wartoż guzy obrywać! - Zaklęte! ba! ten, co widziałem, był z wizerunkiem Matki Boskiej; a zresztą, sąsiedzie, dukat piechotą nie chodzi; toby go można i poświęcić, a kułaki bierzesz, kułaki dajesz, to swoja rzecz. - A jakże wy chcieliście! - zawołała do pierwszego rozgniewana kobieta - chcieliście, aby nie rzucał z góry, ale zeszedł na dół, wetknął wam w łapę pieniądz i jeszcze prosił: "Weźcie, panie Mateuszu, bardzo proszę, zrobicie mi łaskę!" On rzuca, bo mu się tak podoba, a wy nie bierzcie, kiedyście tacy bogaci. A ty, mężu, ani kroku! my będziemy czekać. Pierwszy sąsiad odsunął się, ale także nie odszedł. - Czegóż się tak tłoczysz - zawołał któryś z masztalerzów. - Boże, zmiłuj się, już blisko północy, a oni gawronią się, jakby mieli czego... - Ot, zwyczajnie, nie widzieli go w dzień, teraz chcą się przypatrzyć; ale co to ciekawego, taki człowiek jak i drudzy. - O! widzicie ich, zaraz znać dworskiego sługę! Chcielibyście sami tylko rozszarpać to, co on dla mieszczan rozrzuca. - Czy widzieliście go - przerwał inny - czy prawda, że on poganin. Tatarzyn? - Bajki szczere! prawy chrześcijanin, nie Tatar, ale Polak. - Nie kijem go tylko pałką - dodała kobieta - toć Polacy przyrodni bracia Tatarów. Albo ja to nie wiem! Mój nieboszczyk pierwszy mąż, co to był zawerbowany do rajtarów, był w Polsce. Albo on to mało naopowiadał się o tym narodzie. Tam końskie mięso jedzą, chłopi mieszkają w chałupach ze słomy, miast wcale nie mają, tylko jeden zamek, gdzie król mieszka. - Gdzież widzieliście tego alchemika? - Wczoraj rano widziałem go na moście, ledwo mnie nie zadusili, kiedy wjeżdżał do miasta. - Jak też wygląda, stary? czy tłusty? - zapytało kilka głosów. - E! z miny wcale nie znaczno, że umie złoto robić. Naprzód, że jest młody. - I taką sztukę posiada? - Ba! albo to wiek co pomoże! Patrz na naszych siwych doktorów, co chodzą w opończach jako sowy; żaden tego nie zna, chociaż cały dymem przesiąkł, to dar Boski! - Ten jest blady, nosi brodę, wąsy, a co najdziwniejsza, że ma głowę do wpół ogoloną. - Ach! a mówiliście, że on nie Tatar! Alboście nie widzieli Tatarów, co w zamku za kratą łańcuchami przybici, co to ich cesarz rzymski podarował naszemu panu? - Niech tam wszystkie biesy porwą Tatarów; jakże ten alchemik był ubrany? - Bardzo zwyczajnie. Cały czarno, w dziwacznej sukni z rozprutymi rękawami, w futrzanym kołpaku; jechał na karym koniu. - A złota, klejnotów? - Wcale na sobie nie miał; to też to była najdziwniejsza rzecz. Szablę, nawet i puginał miał oprawne w zwyczajne żelazo. Jechał wolno i przypatrzyłem mu się dobrze; zdawał mi się nawet niewesoły. - Ale za to koń jaki paradny! Sługiwałem ja po książęcych stajniach, ale takiego ogiera w życiu nie widziałem. Ogień z nozdrzy parskał, skóra jak aksamit, a co za nóżka, łeb! - Chociaż on się nie świecił, to służba jego, dwór cały lśnił się, konie nawet pokryte były złotem i klejnotami. - A widzieliście też te dziwne garbate bestie i ludzi czarnych? - A toć tu stoją z drugiej strony dziedzińca; podobno on ich ma podarować naszemu księciu... * Wielkie wschody wiodące na górę wysłane były kosztownymi kobiercami, z obu stron szpaler drzew i wonnych kwiatów zamorskich wiódł do sali balowej, którą jakby czarodziejską władzą urządzono wpośród rozwalin. Ściany powleczone były jedwabnymi obiciami, w pośrodku potężny stół w kształcie podkowy, przykryty złotogłowiem, otaczał szereg biesiadników płci obojej. W pośrodku i po rogach sali fontanny wina i pachniących wódek rozpraszały po powietrzu upajającą rosę. Stół malowniczo ubrany zastawiony był najwykwintniejszymi potrawami, owocami, przysmakami z ostatnich krańców świata zebranymi. Pod talerzem każdego z biesiadników, na pamiątkę ofiarowany, leżał wielki złoty medal.* Paziowie odznaczający się pięknością, strojni ze wschodnim przepychem, roznosili wyszukane wina i chłodniki. Światło rozchodzące się ze szklannych różnokolorowych latarni w tysiącznych odbite promionach od zwierściadeł, śród kwiatów, złota, kryształów i srebra, drżąc na liściach całego gaju drzew, wzdłuż ścian poustawianych, otaczało biesiadników, jaśniejących wspaniałymi strojami i pięknością, atmosferą upajającą wszystkie zmysły; a jakby nie dość jeszcze było sztucznego światła, wielkie okno, wychodzące na balkon, przez pożar wyłamane, zostawiono otwarte i tamtędy księżyc szeroki wachlarz promion wpuszczał aż do środka sali. Z jednej strony za zasłoną pąsową złotem wyszywaną była ukryta muzyka i kilkudziesięciu śpiewaków; niewidzialni brzmieniem radości i wesela napełniali cały gmach, dodając truciznę muzyki do upojenia wszystkich zmysłów.
wibratory |
|||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


