Sędziwoj - II. Sztutgard |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | |||||
| 02.12.2008. | |||||
Strona 2 z 3 Na najniższym końcu
stołu było nakrycie odznaczające się prostotą od innych. Miejsce to
zajmował Sędziwoj. Podparty ręką, zamyślony, z zimnym szyderczym
uśmiechem rzadko odpowiadał na pochlebne słówko piękności, na dowcipne
odezwy jego dumę podsycające. Blady, z chorobliwym rumieńcem gorączki,
z iskrzącymi oczyma, w prostej czarnej odzieży, wydawał się śród tego
tłumu gości, jaśniejących całym przepychem ówczesnego stroju, jakby był
złym duchem czyhającym na koniec zabawy.
Opodal od sali bankietowej w jednym z ubocznych pokoi słabo oświetlonych we framudze okiennej stało dwóch ludzi zajętych żwawą rozmową. Jeden z nich w podróżnym płaszczu, świeżo przybyły, był Rogosz; drugi, lekarz Bodenstein, przeciw zwyczajowi swojemu strojnie ubrany, wyszedł z uczty, w której brał udział. - Nie masz więc wątpliwości - rzekł przyjaciel Sędziwoja - że on posiada tę wielką tajemnicę, o której istnieniu tak długo wątpiłem. - Przecież się z tym nie tai - odparł żywo Bodenstein. - Sam własnymi oczami patrzałem jak odbywał przemianę ołowiu, srebra, cyny, miedzi, żelaza, merkuriuszu, na jak najczystsze złoto. Dotykałem go się własnymi rękami; złotnicy wszystkie z nim próby odbywali. - Mówisz, iż elektor przyjął go łaskawie? - Prawie jak równego sobie. Z nim tylko rozmawiał, żartował, razem z nim jadł, posadziwszy go przy stole na pierwszym miejscu przed wszystkimi książętami po swojej prawej stronie. To jest rzecz niesłychana! - Pozwolił mu wstępu każdego czasu do siebie. Wszyscy dworzanie, a szczególniej alchemicy, nie posiadają się z zazdrości i gniewu. - To niepojęte! - rzekł Rogosz zamyślając się, po chwili dodał - wiem, że jesteś człowiekiem roztropnym, ale czyś dobrze uważał wszystkie okoliczności, czy nie ma w tym jakiego podstępu? - Wierzcie albo nie wierzcie - odparł urażony medyk - ale jeśli tu jest jakie oszukaństwo, wytłumacz mi, jakim sposobem oszukać można tylu pilnie przypatrujących się, z których każdy się zna na rzeczy; kiedy ołów, tygiel, węgle, wszystkie narzędzia najtroskliwiej badane były, a w wielu doświadczeniach z jego proszkiem on nawet niczego się nie dotykał. Można kilka razy jednego człowieka oszukać, ale tylu razem tak często oszukiwać - niepodobna. - Zresztą powiedz, jakie bogactwa mogłyby wystarczyć na takie życie i skąd by je wziął? Dwór jego składa się więcej jak ze stu ludzi i dwa razy tyle koni. - Biesiady takie, jak widzisz, trwają od zmierzchu do świtu, od rana do nocy. Ja włóczę się za nim od samej Pragi jak cień; śledzę każdy krok jego, czatuję, może mi się uda wybadać jego tajemnicę; patrzę więc na wszystko i widzę, iż na takie życie skarby cesarza rzymskiego by nie wystarczyły. - Musisz się sam przy tym mieć nieźle - rzekł ironicznie Rogosz. - Bynajmniej - odpowiedział z westchnieniem Bodenstein. - To jest marnotrawca, szaleniec, wariat, ale jednak wie o każdym groszu, który wydaje. Żaden lichwiarz pewno nie prowadzi tak drobiazgowych rachunków. Nikomu nie wierzy, targuje się aż do znudzenia, w zbytku swoim jest skąpy. Ten jego służący, kałmuk, wszystko urządza, jemu jednemu wierzy. Sędziwoj rzuca złoto, ale tylko tam, gdzie jemu się podoba. Prośbą nic u niego nie zyskasz, żadnemu proszącemu nie dał jeszcze ani szeląga, to jest szatan, co się z cudzej nędzy raduje. - Byłem ja raz w krytycznym położeniu, zresztą nie mam się co przed tobą taić. W Pradze, w jednej z pierwszych karczem podpiłem sobie, a że wiedziano, iż przyjechałem z alchemikiem, o którym całe miasto gadało, rozumieli więc, że mam złota jak piasku. Nie zaprzeczałem temu, i kilka dni bawiliśmy się wybornie, kiedy jednak przyszło do zapłaty, mieliśmy wyjeżdżać, a tu ani grosza. Obdarto mnie ze wszystkiego, a ponieważ omnia mea mecum porto, zabrano mi i rękopism dzieła mojego, na którym sława moja i ostateczne nadzieje spoczywają. Żadnego nie widząc ratunku pokonywam wrodzoną dumę i udaję się w prośby do Sędziwoja żądając parę dukatów. Właśnie wtedy wydawał podobny bankiet, na którym połowa biesiadników dobrze mnie znała. Wyszedłszy do mnie do ogrodu i zobaczywszy mnie w nie bardzo przyzwoitym stroju białym, ponieważ wierzchnie suknie zatrzymano mi w karczmie, rzekł: - Dam ci sto razy tyle, ile żądasz, ale pod jednym warunkiem. - Pod jakim? - zapytałem z bojaźnią. - Oto teraz pójdziesz ze mną do gości i tam powiesz głośno te wyrazy; - "Mości Panowie! jestem Adam von Bodenstein, profesor z Bazylei, i przyszedłem tu tylko po to, aby wam oświadczyć, iż świętej pamięci. nauczyciel mój i ziomek, Theophrastus Aureolus Paracelsus Bombastus von Hohenheim, był pijanicą, głupcem i włóczęgą, a cała jego nauka niewarta trzech groszy." - Wiadomo wszystkim, co żyją, iż boski mistrz nasz Paracelsus nie miał większego ode mnie wielbiciela. - Wyrzec więc te słowa było to wystawić się na śmiech oczewisty, ażem zmartwiał na takowe żądanie. Proszę! błagam! wstyd i zimno dokuczają mi, lecz nie i nie, jak się uparł, nic nie ustąpił. - I cóż - zapytał Rogosz - wyprzysięgłeś się? - Cóż miałem czynić? Poszedłem i w czasie ich uczty śród grzmotu śmiechów wyplułem przeklęte słowa, a natychmiast wyliczono mi paręset dukatów. Był to jedyny pieniądz, którym od niego otrzymał. - Kiedy do niego pierwszy raz przybyłem, żądając po dawnej znajomości jakiego zajęcia, sekretarza, pomocnika, laboranta lub lekarza, aby mieć pozór zostawania przy nim i śledzenia go, dozwolił mi zostawać w swoim orszaku, ale szyderczo oświadczył, iż nie jest w stanie płacić mi; i że nawet żywić się sam będę musiał. Zgoła Sędziwoj dawniej tak nieśmiały, nie znający ludzi, zupełnie się zmienił, nie poznasz go. Jakaś w nim zimna powaga, szyderstwo, odpychająca wyższość, nie pozwalają nikomu zbliżyć się do niego. - Czy zajmuje się jakimi sprawami - zapytał po chwili Rogosz - czy oprócz biesiad i zbytku wydaje na co innego pieniądze? - Z początku jeszcze usiłował zajmować się czym chcesz, wszystkim; i chociaż wszystko powodziło mu się, we wszystkim okazywał nadzwyczajne zdolności, to jednak wnet porzucał, nic go trwale nie zajęło. Co do pieniędzy, wydaje, rozrzuca, jakby one wcale wartości nie miały. Najczęściej jednak wydaje na to, co by żadnemu uczciwemu i roztropnemu, jak my, człowiekowi przez myśl nie przeszło. Ale też to sprowadza mu same przykrości. Pod Bazyleą mieszkał ubogi jeden i sławny z poczciwości stary kowal mający jednego syna, młodego chłopaka. Kiedy Sędziwoj opuszczał Bazyleę, nie wiem, gdzie się spotkał z kowalem i kupił mu, Bóg wie z jakiej łaski, rozwaliny pałacu od wieków zburzone, na dole góry kazał przepysznie pałac wyporządzić, założył kuźnią, jakiej może w całych Niemczech nie było, nakupił mu koni, sprzętów, słowem, zrobił go najbogatszym mieszczaninem. Syna zaś wziął do siebie i bardzo tego chłopaka lubił. I cóż powiecie na to? Tylko co on wyjechał, kowal zaprzestał roboty, zaczął hulać, bankietować, na stare lata chciał koniecznie odmłodnieć, prawie oszalał. Pałac był, ale dochodów nie było; zaczął więc pieniądze fałszować. Złapali go na uczynku i powiesili w Bazylei. - A syn jego? - przerwał Rogosz. - Poczekajcie tylko, jakie było dziwactwo Sędziwoja. Chłopak ten miał lat może ośmnaście, to sam wiek do pustot i zabaw. Pośród takiego zbytku on go jak najskromniej, prawie skąpo, trzymał, pieniędzy mu do rąk nie dawał, i tylko go uczyć kazał i samotnie godziny całe z nim na rozmowach trawił. Otóż nic dziwnego, że kowalczyk gorąco zapragnął pieniędzy. Jeszcze to było w Pradze, przechodziemy raz przez most, ciżba dworzan i ludu tłoczyła się, aby zobaczyć cudownego człowieka, gdy Sędziwoj ni z tego, ni z owego, zdejmuje trzos z siebie, pokazuje, że pękaty od złota i klejnotów, i ciskając go w wodę odzywa się głośno, kto trzos ten dobędzie weźmie go sobie i drugie tyle dostanie nagrody. - Znalazł się kto? - zapytał Rogosz. - Nim Sędziwoj dokończył mówić, już wychowaniec jego najbliżej stojący rzucił się z mostu, a rzeka mocno była wezbrana. - Wydobył trzos? - Gdzież tam! wpadł w wodę jak kamień i nie pokazał się więcej. Ale jak tylko wskoczył, pierwszy raz widziałem, w oczach szalonego alchemika zabłyszczały dwie łzy. Długo patrzał na szumiejące nurty w milczeniu, aż gdy wreszcie nie było wątpliwości, że chłopak utonął, wtedy rzekł: - Ha! lepiej, że zginął, tego jednego upodobałem i tym bym musiał gardzić. - A kobiety? - zapytał Rogosz. - O! i te niemało zjadły kamienia mędrców. Miał różne, wszystkich krajów, kolorów, wszystkich rodzajów piękności, ale żadnej dłużej jak tydzień nie kochał. Przepraszam! jednę Włoszkę woził ze sobą cały miesiąc, bo ta, powiadał, przekonała go, że i za złoto nie wszystko zrobić można. Nie masz wyobrażenia, jakie dziwaczne pomysły tej dziewczynie przychodziły do głowy. Nie przestawała ona na samych strojach i uwielbieniu głupich pasożytów, jak inne kobiety, ale coraz nowe wynajdowała rozrywki, przynajmniej w zbytku była dowcipną. Raz jeden kazała przyrządzić fajerwerk, który krocie kosztował, i kazała go spalić w takim miejscu, między górami, daleko od wiosek, iż tylko ona i kochanek jej widzieli go, zresztą nikt. A ciągle miała jakąś sympatią do ognia. Koniecznie napierała się, aby jej w ogrodzie usypano Wezuwiusz. Tego już i kamień mędrców dokazać nie mógł. Sędziwoj opowiadając to nam śmiał się do rozpuku. - Czy ma ją jeszcze przy sobie? - Dostała ospy i zeszpecona szkaradnie straciła całą wartość. Sędziwoj pocieszał ją jak mógł, zaręczał, iż i tak kochać jej nie przestanie; może by się nawet z nią ożenił, lecz niczego słuchać nie chciała, otruła się. - Więc teraz serce jego nie zajęte?
wibratory |
|||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


