Sędziwoj - III. Sługa

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Dziekoński Józef Bohdan   
02.12.2008.
Spis treści

Sędziwoj - III. Sługa

Strona 2

"Opuszczony od wszystkich, blady, zwiesił głowę na piersi,
w której boleść wewnętrzna zajęła nowe siedlisko."

Matissou

ZGON SYNA ZDAWAŁ SIĘ NA pozór mocniejszy wpływ wywierać na duszę alchemika, jak niegdyś śmierć żony. Boleść jego cofnęła się wewnątrz, żadną skargą jej nie zdradził. Jeszcze więcej milczący, ponury, całkowicie oderwał się od życia zwyczajnego, a żył jedynie śród swoich ksiąg i doświadczeń.


W początku zawichrzone, pełne bezowocnych wysileń i czczej sławy, w końcu ciche panowanie Zygmunta Wazy skończyło się. Ulubiony od narodu syn jego Władysław, pan dwóch tytularnych koron, wstąpił na tron i umarł żałowany; wreszcie brata jego, złowrogiego proroka, zaczęły się rządy.

W Niemczech ciągłe walki religijnych pierwiastków wplątanych za główne sprężyny politycznych rewolucji ukończyły się pokojem westfalskim.

Reformacja już trwale nowe dzieje rozpoczęła w Europie; odbicie jej, głośne z początku, jak dalekie echo rozchwiało się na równinach Polski, a wszelkie przewidywania nie odgadły wpływu tej wulkanicznej zmiany. Czas ulatywał na niezliczonych skrzydłach wypadków, żywioły myślowe roiły się i na nowe wyrabiały pierwiastki, we wszystkim wyrastały nowe owoce. Ze starych rycerskich postaci kawałami opadały resztki zardzewiałych zbroi i niewidziane dotąd figury ukazywały się. Już można było widzieć, dokąd pędzi potok tej nowej epoki, który tamowany do dziś jeszcze się nie zmienił, choć bliższy swego morza. Lecz odgłos tych kolei świata przez cały ten przeciąg nie dochodził samotnego alchemika.

Głuchym był, nie widzącym, co go otaczało, zmiany całego świata były mu obojętne, bo nauka jego pozostała niezmienioną.

Prosta postać jego pochyliła się, głowa dumnie wzniesiona opuszczona, włosy zbielały i tylko w spojrzeniu taż sama niespokojność, tenże ogień.

Od dawna już wyczerpał wszystkie swoje zasoby. Mała włość Krawarz obciążona była długami przechodzącymi dziesięć razy jej wartość. Sprzęty domowe, gospodarskie, wszystko, co miało jakąśkolwiek wartość, zostało sprzedane. Kilka dzieł, które wydał, i kilka rękopismów przyniosło znaczny dochód, lecz nic nie mogło wystarczyć na opędzenie kosztów doświadczeń.

Im dalej w wiek tym utrzymanie życia i zaspokojenie nieodbitych potrzeb stawało się trudniejszym. Od dawna już starzec nie pytał się i nie mógłby odgadnąć skąd Jan, opatrujący wydatki, dostarcza znacznych sum na zakupywanie materiałów do doświadczeń. Ani razu nie przeszło przez myśl Sędziwojowi zapytać się swojego sługi i powiernika, z jakiego źródła pochodzi złoto, którym karmił pracownią.

Jan dosyć często w czasie niedostatku udawał się do Krakowa i powracał z pieniędzmi. Sędziwoj nie dziękował mu, ale wzrok posępny na widok wszechwładnego metalu zaiskrzał się, zmarszczone czoło na chwilę się rozjaśniło, a sługa, tyle lat patrzący w twarz swego pana jak w opiekuńczą gwiazdę, bez słów każde jego wzruszenie, każdą chęć rozumiał, i to więcej od wszystkiego zachęcało go do podwajania tajemnych starań.

Jan wierzył, iż pan jego kiedyś posiadał tajemnicę robienia złota i że wypadkiem jakimś niezbadanym zagubił sekret; teraz z każdym dniem rozumiał, przysiągłby na to, iż go na nowo odkryje.

Raz powrócił z podróży do Krakowa później, dłużej jak zwykle się bawiąc, i smutny nie witał zwykłym uśmiechem swego pana; nie złożył na stole ani kupionych materiałów, ani worka z pieniędzmi, lecz w kącie pokoju, milczący, zawstydzony, zakrywszy oczy rękami siedział jak posąg.

Sędziwoj nie pojął wyrazu zgryzoty na twarzy sługi. Według zwyczaju zaczął czytać z kartki wypisany szereg i porządek nowych prac, które odbyć tej nocy zamyślał.

Dawniej Jan tu i owdzie dodawał uwagi na znak, iż rozumie swojego pana; i dumnym był z tego, nieraz jednym wyrazem lub okrzykiem radości podziwiał każde niezwykłe doświadczenie; teraz alchemik skończył czytanie, a służący nie miał dość odwagi, aby mu wyznać, iż nie przywiózł ze sobą ani jednego grosza pragskiego.

Jeszcze było kilka godzin do wieczoru, zwykłej pory rozpoczynania doświadczeń, i Sędziwoj poszedł pod wystawę domu używać świeżego powietrza i łagodnych promion słońca, a Jan czekał, czy Opatrzność nie zeszle mu ratunku.

W prostocie swego ducha miał nadzieję cudu.

Wtem po kamienistej drodze od Krakowa zajechał przed dom konno jeździec i zsiadając witał Sędziwoja.

Jan uchylił drzwi i zbladł na widok gościa.

Był to starzec późnego już wieku, lecz dość jeszcze żwawy. Włosy wysoko podgolone okrywał starej mody marmurkowym kołpakiem; wąsy i brodę dokoła twarzy krótko miał podstrzyżone, które, jakkolwiek ubielone wiekiem, przebijały rudym kolorem. Po twarzy w ciągłym ruchu będącej, zmarszczkami pokrytej, po wzroku niespokojnym, ustach złośliwym uśmiechem do góry wzniesionych, można było jeszcze poznać chytrość i dumę, które tym człowiekiem miotały. Pomimo wiek podeszły był w ciągłym ruchu i pochylonym ciałem ustawicznie się kłaniał.

Podróżny jego ubiór składający się z żupana i delii był dwóch kolorów, więcej obznajmiony od Sędziwoja z otaczającym go światem poznałby od razu na tym dworaku barwę służącego na dworze pana krakowskiego, którym naówczas był Mikołaj Wolski.

Gość zbliżając się do alchemika po zwykłym powitaniu rzekł:

- Zapewne nie poznajesz mnie? To już lat tyle, jak nie widzieliśmy się; i ciebie już starość śronem osypała, i ja, kiedyśmy się znali, nie byłem tak pochylony.

Ten znajomy dźwięk głosu niespodzianie uderzył Sędziwoja. Nagle, jakby czarodziejskim sposobem, wróciły mu do pamięci spomnienia młodości. Po chwili bacznego wpatrywania się rzekł:

- Jest temu lat pięćdziesiąt znałem jednego człowieka, który - gdyby mi się teraz ukazał - zapewne w podobnej postaci i takim by głosem przemówił - zwał się Wacław Rogosz.

- Nie omyliłeś się, drogi przyjacielu - zawołał obcy otwierając ramiona do uścisku: - Ja to jestem! Widzisz, że i mnie afekt przyjaźni dobrze prowadził, poznałem cię do razu, a przecież to całe lat pięćdziesiąt.

Sędziwoj cofnął się od uścisku starca i zimno odparł:

- Pół wieku czasu czyż cię tak zmieniło, iż wierzysz w przyjaźń? Ja, panie, pozostałem niezmieniony.

- Widzę to! Zawsze tenże sam - rzekł Rogosz. - Tak też mi ciągle o tobie opowiadał ten twój poczciwy, dobry Jan. Więc bawisz się alchemią bez przestanku, a to zabawnie! Wyznaję, iż zręczny z ciebie lis! kiedyś mnie podszedł, no! już nie trzeba więcej! - Tak długo ludzi uwodzić, to zręczność niesłychana! Kiedy ja sam przysiągłbym był niegdyś, pamiętasz w Pradze, w Sztudgardzie, w Dreźnie, że ty istotnie umiałeś złoto robić! - No! a teraz, kiedyśmy dowiedzieli się o twojej sztuce, kiedy już wszystko minęło, wyznaj mi, kochany, skąd miałeś wtedy tyle pieniędzy? - Bo też to były niesłychane skarby, jakie trawiłeś.

- Przecież pamiętasz, za samą żonę moją zapłaciłeś mi dziesięć tysięcy dukatów! Mój Boże! to była śliczna sumka, gdyby nie to najemne żołdactwo w Niemczech, które mnie zrabowało, byłbym dziś, na stare lata, nie potrzebował służyć! Przyznaj się, może by się ta kopalnia jeszcze otworzyć dała? Wszakże teraz ci to już nic nie zaszkodzi, a to czasem miło o starych latach porozprawiać. Siadajmy razem; cóż tak milczysz?

- Nie rozumiem cię - rzekł alchemik przychodząc coraz więcej do siebie. - Widywałeś Jana? Jan opowiadał ci o mnie?

- Porzućmy te żarty - odparł Rogosz uśmiechając się i zacierając ręce zwykłym swym sposobem. - Daję ci słowo szlacheckie, nie zdradzę cię, nie wspomnę ani słowa mojemu panu ani Mniszchowi, zgoła nikomu.

- Twoim interesom nic nie zaszkodzi, oto pierwszy krok robię do zwierzenia ci się ze wszystkim i przyznaję się, że umyślnie tu dla twego dobra przyjechałem, aby cię ostrzec, iż za daleko już zabrnąłeś. Jeszcze możesz się wycofać bezpiecznie, ale w inny sposób, ma się rozumieć zyskiem i nadal będziemy się dzielić.

- Tak dawno już zerwałem związki ze światem - rzekł zdziwiony i zmięszany Sędziwoj - iż w tej chwili nawet nie mogę pojąć o czym mówisz. Ja dotąd nie zmieniłem się, zysków nie pragnę, a panów oprócz Boga nie znam. Wiesz, iż niegdyś w podobne sprawy nie mięszałem się, dlatego i dziś, jeśli nic więcej nie masz do rzeczenia, bywaj zdrów!

Rogosz parsknął śmiechem i trzymając się za boki głośnym wybuchem wesołości pobudził gniew Sędziwoja i zaostrzył jego uwagę.

- Doskonała komedia - zawołał w końcu. - Tegom się nie spodziewał, ale teraz nie będę się dziwił, jeżeli wyprzesz się i tej kartki! - I pokazał mu pargaminowy świstek z następującym napisem:


bielizna
Skrzętnemu chomikowi i zima niestraszna.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »