Sędziwoj - Zaklęcie

Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Dziekoński Józef Bohdan   
02.12.2008.
Spis treści

Sędziwoj - Zaklęcie

Strona 2

"Bądź ty błogosławionym czy przeklętym duchem;
przynoś rosę nieba czy dym piekieł z sobą;
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Muszę z tobą mówić!"
Hamlet
Szekspira

DUSZNE SĄ TE SMĘTARZE LUDZI żyjących nazywane miastami. - Wspaniałe pałace i rzędy domów są tylko szeregiem grobowców. Tu nawet wzrok jest spętany, zimne głazy spotyka lub zimniejszą pierś człowieka kupczącego. Tu myśl jest spętana, niebo nawet dym kominowy ci zasłoni, tu musisz zapomnieć, żeś człowiekiem, a żyć jak jedno kółko machiny bezduszne, bez woli, bo gdybyś własnym życiem się poruszył, to cały rój wyrzuci cię ze swego mrowiska, jako przestępcę praw wiszących na szyldach ulicznych. Żadna pierś czująca nie odetchnie w mieście - tam czołgaj się, jak robak, w ślady za drugimi, a jeśli chcesz skrzydła rozwinąć lub ulżyć oddechem duszy - uciekaj za miasto!


Sędziwoj mijał już bramę Bazylei, czarowny widok okolic roztaczał się przed jego oczami i gwałtem go ciągnął do siebie. Zszedł z głównej drogi i boczną ścieżką udał się w dolinę wiodącą między góry. Słońce całym blaskiem wypełniało lazurową przestrzeń, jakby złote iskry światła widocznie krążyły w promienistym eterze. Wszystkie świetne barwy i odgłosy z gajów i skał, i strumieni rozkosznie łączyły się w jeden obraz, jeden akord i biegły do duszy dzwoniąc pieśń chwały i pokoju natury. Śród doliny nad strumieniem stały rzędem ładne chaty wieśniacze, młodzieniec spostrzegł je i odwrócił się, tak życzył sam pozostać. Środkiem wąwozu szła ścieżka i gubiła się w łożysku wyschłego potoku. Wszystko było ciche, spokojne, a on z rozpaczą się patrzał dokoła, jakby burze z całej ziemi do jego się piersi teraz schroniły. I wściekle się rozśmiał, a echo i ten chrapliwy śmiech goryczy oczyszczony i dźwięczny oddało mu na powrót. Podwojonym krokiem postępował wyżej. Wysokie drzewa coraz rzadsze, a z rozpadlin skał zwieszały się karłowate skąpą żywione ziemią. Jeszcze wyżej już tylko niskie napotykał krzaki, głazy nagimi świeciły grzbietami i gdzieniegdzie między kępami szmaragdowego mchu i siwych porostów rozwijały się świeże, na równinach nie znane, kwiaty. I powietrze coraz czystsze, świeższe, zachęcało go do pięcia się wyżej po ostrych skałach. W dolinie drobne zagrody ludzi i chaty traciły wszystko, co brudne i nieforemne, a z tej wysokości uroczych nabierały kształtów i kolorów. Z wolna mgła spuszczała się jak zasłona przejrzysta i otoczyła go dokoła. Później chmury zasłoniły Bazyleę i cały widok daleki. Sędziwoj spoczął, odetchnął, był sam jeden, dokoła tylko zimne kamienie. Nieznacznie wpadł w głębokie zadumanie. Cała jego przeszłość, burzliwa w głębi, a na pozór spokojna, młodość, wszystkie żądze, wszystkie chęci tańczyły dokoła, jakby obręb czarodziejskiego kręgu, a on, spętany, nie mógł się wydobyć na zewnątrz. Wezbrane uczuciami serce, myśl rozpalona chciały się gwałtem wydobyć z tego więzienia, a dokoła było wszystko już zasłonione chmurami. Złożył rozpalone czoło na zimnym głazie, wspomniał czas niewinnej młodości, gdzie modlitwa była tarczą wszystkich cierpień, filarem upadającej duszy - i westchnął, ale teraz zimna nauka i gorące jej żądze i modlitwę spłoszyły, i łzy wysuszyły. I rozbierając stan swój szukał koniecznie powodu i winy zewnątrz siebie, szukał, na kogo by mógł zwalić ciężar przygniatający go.

- Tak jest - myślił sam w sobie - miłość mogła uwieńczyć moją cierpliwość. W nauce nowych sił nabrałem, byłem bliski szczęścia, od chwili jak Jego spotkałem, całe moje jestestwo zostało wzburzone. Tak jest, on przyczyną tej walki śmiertelnej, z której wyjść muszę, bo bym upadł pod jej brzemieniem.

Po chwili podniósł głowę - gdy oto blisko, oparty o ścianę szarego granitu, stał wpatrując się w niego Kosmopolita.

To nagłe i nieprzewidziane zjawienie się odrętwiło młodzieńca.

- Szukałem cię - rzekł na koniec - i nigdzie znaleźć nie mogłem. Nie dbając, iż oskarżony jestem o zabójstwo, chodziłem między tłumem, czy twego śladu nie znajdę i oto teraz, kiedym rozumiał, iż nikt mnie nie spotka, zjawiasz się?

- Wiedziałem o tym i dlategom przyszedł, teraz mogę odejść.

- O, teraz nie opuścisz mnie. Czy jesteś zwodzicielem, czy prawdziwym mędrcem, bodajbyś był duchem, nie człowiekiem, musisz ze mną mówić!

- Wszystko, co byś mi miał powiedzieć - odrzekł Kosmopolita - wiem zawczasu; za całą odpowiedź usłuchaj rady, którą ci podam. Póki pora, unikaj mnie. Palmy, o które się kusisz, zbyt wysoko rosną i te lodowce byś przebył, a nie ochłodziłyby twojego tchnienia. Na ich szczycie chciałbyś się piąć jeszcze wyżej, dokąd tylko orle skrzydła doniosą - i nigdzie byś nie znalazł pokoju. Póki pora, wróć się, zapomnij o mnie.

- Więc nazwę cię oszustem, a całą twoją władzę i mądrość występkiem! Bo jeśli wiesz istotnie, jakiś wpływ wywarł na mnie i teraz unikasz, to chyba chciałeś mnie uwieść lub władza twoja dalej nie sięga!

- Wiem - odrzekł spokojnie Kosmopolita - iż ten duch niespokojny, prędzej czy później sam by się w tobie obudził. Moje spojrzenie roztliło tylko w tobie te iskry, które wyobraźnia z większą szkodą później by rozpaliła. Ty zewnątrz siebie szukasz winy, a lękasz się spuścić w głębię własnej duszy i tam samotnie stoczyć walkę i uśmierzyć złe, które cię niepokoi...

- Póki ciebie nie widziałem - rzekł Sędziwoj - póty jeszcze mogłem mieć nadzieję zostania szczęśliwym; miłość i nauka starczyły mi za świat. - Po co żeś mnie przekonał, że jest świat wyższy, o którym wątpiłem; stanąłeś na drodze mej miłości, zniweczyłeś urok nauki, jakem ją dawniej pojmował... Dlaczegóż broniłeś mnie od niebezpieczeństw w ten sposób, iż obrona ta zgubniejszą mi się stała od samego niebezpieczeństwa...

- Odwieczne prawa, którym podlegam - rzekł Kosmopołita - nakazują nam rozciągać opiekę nad wszystkimi, których tylko dotknie się koło naszej potężnej nauki. Tysiące biednych szperaczy pozostawiamy spokojnie, bo ciasny zakres ich poziomego życia i myśli nie stanie się ani dla nich katuszą, ani dla nas nadzieją zyskania wyznawcy. - Lecz są inni, szczęśliwi, których dusza stać się może znaczącą cyfrą w ludzkości lub nauce, byłoby występkiem opuszczać ich. Gdybyś się zrozumiał, mógłbyś do ich liczby należeć, stąd moja nad tobą opieka. Ale ty chciałbyś, aby kilku wyrazami wcielić cię do tajemnic, które spodziewasz się, że posiadam, aby potem, jak szaleniec, rozrucać złoto i ogień - żelazo i zbrodnie, i klejnoty z jednego rogu obfitości. - Chciałbyś małpować Opatrzność i wedle widzimisię mniemałbyś Boską naśladować władzę, a ty byś ją tylko znieważał! Rozumiałbyś, że mędrzec może być potężnym nie rozumiejąc odwiecznego porządku!

- Więc jeśli widzisz, że błądzę, ukaż mi powrót na prawą drogę! Czyż dla mnie nie ma nadziei szczęścia? Ukaż mi, jakbym mógł się stać godnym mądrości i zdobyć ją. Przecież i ty jesteś człowiekiem, i tyś się mędrcem nie rodził.

- Mądrość i szczęście! - rzekł posępnie Kosmopolita. - Mniemasz, iż oboje w jednej piersi śmiertelnej obrać mogą mieszkanie! - Ty zapomnij o mądrości, a idź drogą do szczęścia, możesz być jeszcze szczęśliwym. Porzuć nauki, o które się kusisz, a które ci tylko hańbę lub zgryzotę zniszczonego na próżno żywota dać mogą! I o mnie zapomnij, jak o śnie rannym...

- Nie! to niepodobna! piąć się tak wysoko i znowu wracać, rozpoczynać drogę - ha! lepiej zginąć w pół kresu.

Już teraz całe moje jestestwo jest jak spętane, i leżę w tych więzach, a setnymi żyłami dusza moja krwawi się, jako ramię owego olbrzyma przykutego do skały, który chciał ludzkości darować boski promień! - a przecież nie jestem zbrodniarzem! a przecież kochać ludzkość i cnotę, kochać sławę - jest już cnotą! - I ja mam teraz całe to życie przesiąkłe tylu czczymi nadziejami rzucić od siebie, jak zużyte odzienie? Mam patrzeć, jak najgorętsze życzenia moje pękają jako bańki na wodzie? - O, nigdy! chociażbym miał szatanowi duszę na wieczność zaprzedać!

- Nierozważny! jakby człowiek był mocen cokolwiek zaprzedać na wieczność, a tym bardziej to, co nie jest jego własnością! Jakby władza, o którą się ubiegasz, z nieczystego źródła mogła pochodzić. Ale przypatrz się tylko swoim myślom, a ujrzysz z przestrachem, że ta twoja żądza sławy, miłość ludzkości, nie cnotą, lecz są egoizmem w innej formie - a ty z nimi, jak wodę z ogniem, chcesz łączyć miłość nauki?

- A więc pokaż mi, jak mam zapomnieć czym byłem i do czegom dążył?

- Jedno słowo - rzekł Kosmopolita - najmniejszego z uczni naszych może tę skałę, na której stojemy, wtrącić w przepaść; może na tę śmiejącą się dolinę sprowadzić jęki rozpaczy i zagłady; ale żadna mądrość mistrza nie jest w stanie powiedzieć temu, co raz było w pamięci: - nie bądź! - Nie może wyrzec do jednej myśli człowieka: - Powróć do nicości, z którejś powstała.

- Jeśli tak jest - rzekł Sędziwoj powstając - to w imię potężnych praw, którym podlegasz, wyzywam cię, mistrzu! przyjmij mnie za ucznia!

- Stój! - przerwał nagle Kosmopolita - nie zmierzyłeś otchłani i, szalony, rzucasz się w jej głębię! Jeszcze nie znasz strasznych warunków, które byś, jak jarzmo, włożyć musiał na swoją duszę. Wiedz, iż nauka nie cierpi żadnego innego spółzawodnika. Musiałbyś się zrzec i miłości, i przyjaźni, i ojczyzny, i ludzkości, musiałbyś się oddać tylko jednej zimnej nauce. Każde przeniewierzenie się karze ona srogo. Miłość nauki jest jak ów płomień piorunowy, którego niczym ugasić nie można, dopóki nie strawi swej pastwy i nie uleci tam, skąd wziął początek - do nieba! - A czyż ty zbadałeś własne serce? - Czy wywołałeś w uczuciu obraz Adeli? - Czyś sobie przypomniał przysięgi, któreś jej uczynił?


bielizna Ledapol
Rzuć jak chcesz kota, a on zawsze na cztery łapy spadnie.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »