Sędziwoj - Złoty bocian |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | ||||||
| 02.12.2008. | ||||||
Strona 1 z 4 "Weź, pasterzu, ten puchar meońskiego wina, NA RYNKU BAZYLEI, NAPRZECIW ratusza, stała duża kamienica z przyzbą na słupach murowanych, o ile poważna i ponura z wierzchu, o tyle hałaśna i wesoła wewnątrz: biesiadne okrzyki cały dzień do późnej nocy ją ożywiały. Nad wchodowymi drzwiami wisiał zielony wieniec z wplecionym przez środek słomianym krzyżem, co służyło na znak, iż tam wszelkich trunków dostać można. Oprócz tego na wielkiej błękitnej tarczy wyrobiony z drzewa pozłacany bocian i podobnymiż literami długi podpis zapraszały podróżnych do gospody, jednej z największych i najporządniejszych w całym mieście. Podobne karczmy, spólnie dla rozmaitego stanu ludzi urządzone, w owych czasach zastępowały razem kawiarnie, czytelnie, cukiernie, restauracje, resursa i tym podobne cywilizowańszych wieków zakłady; jedynych rywalów posiadały w sklepach golibrodów, których łaźnie i warsztaty były także miejscami schadzek i ogniskami nowin. W pierwszej długiej i nie bardzo jasnej sklepionej sali Pod Złotym Bocianem stały dokoła ścian dębowe ławy i podobneż stoły. Dalej wielki piec z zielonych kafli z wmurowanym do połowy kotłem miedzianym dla rozgrzewania napojów. W kącie, niby ołtarz bożka tej świątyni, wznosił się wysoki kredens, na którym rzędami poustawiano naczynia ofiarne, to jest kufle, rostruchany, dzbany, puchary, poprzewracane do góry dnami, wszelkiego kształtu, miedziane, cynowe i szklanne. Naprzeciw drzwi w równi z podłogą otwierał się obszerny komin, gdzie przy sutym ogniu na rożnach kręcone baranie i sarnie ćwierci dodawały woń swoją do zapachów piwa i wina. * Pan Anzelm, gospodarz, otyły, z rumianą twarzą, w tabaczkowym kaftanie, chodził, wydawał rozkazy i z założonymi za pas rękami kłaniał się to kiwnięciem głowy, to schyleniem aż do ziemi, stosownie do godności wchodzących gości, i raz rubasznie pochlebiał, to znów, marszcząc brwi nad siwymi oczkami, surowo gromił nie dość zwinnie krzątających się piwnicznych chłopaków. A śród gwaru głośnych rozmów, śród tłumu w różne strony wychodzących i wchodzących niełatwo byś się od razu poznał i przypatrzył wszystkiemu. Najgłośniejsze kółko składała młodzież, w pośrodku nich wędrowny śpiewak z cechu meistersingerów przygrywał na lutni, kształtu dzisiejszej arfy, końce zwrotek cała czereda powtarzała, a długimi rapierami bijąc takt o kamienną podłogę i kuflami o stoły. Hans Sachsa piękne pieśni były już tylko wspomnieniem, a wędrowny trubadur chlubił się wiszącym na piersiach złotym medalem z wyobrażeniem króla Dawida, jako nagrodą otrzymaną za zwycięstwo na publicznym popisie śpiewaków w Norymberdze. Nie opiewał on tu ani piękności dam, o które walczą na turniejach, ani odwagi i awantur rycerskich, ale - ożywiony wspomnieniem brata swego kunsztu Jakuba Boehma - więcej myślał o polityce. ** Śpiewał albo ulotne do okoliczności utworzone satyry lub pochwały rządzących, albo też sławił ogólny węzeł łączący biesiadnicze koło, sławił wino. Skosztowawszy świeżo nalanego z łaski gospodarza pucharu skrzywił się i ze złośliwym uśmiechem brząknął w lutnię i, naśladując kościelną nutę, uderzył następne zwrotki; * Oj, wielkie szczęście potkało Noego, * Wtem stary Noa rzekł: "Ach, miły Panie * Wtem Pan łaskawy z rajskiej okolicy * Ale patryjarcha pobożny był człek, * Z tego stateczny - zda się - ujrzy mąż, Huczne oklaski, za zgodną z duchem słuchaczów pieśń i docinki gospodarzowi, towarzyszyły rzucaniu pieniędzy w nadstawiony beret śpiewaka. W dalszych komnatach poważniejsi, spokojniejsi goście, po kilku, osobno bawili się rozmową, a nowiny od obcych i podróżnych opowiadane, stawały się przedmiotem rozpraw, po większej części polityczno-religijnej treści. Na uboczu siedziało dwóch obcych, ubiorem i postacią odznaczających się od reszty, nie zważając na ogólne rozmowy, w swoim języku zajmowali się ze sobą. Jeden z nich z jasnymi włosami, głową podgoloną, twarzą przyjemną i otwartą, z małymi wąsami, podparty na krzywej szabli, słuchał rozprawiającego towarzysza - był to znajomy nam już Sędziwoj. Spółtowarzysz jego, Wacław Rogosz, starszy, bo około trzydziestu lat liczący, na pierwszy rzut oka we wszystkim tworzył sprzeczność z Sędziwojem. Niski i krępy, w ruchach powolny, przymrużonymi oczami, ciągłym uśmiechem nadzwyczaj szerokich ust, pomarszczonym czołem i rudą, krótką, ostrzyżoną brodą, niepociągający nadawał wyraz całej twarzy. Parę dni jak przyjechał z Krakowa i chciwemu wiadomości i pociechy Sędziwojowi opowiadał o domowych w kraju wypadkach, stąd wywodził wnioski, układał zamiary, a opowiadał żywo, bo wszystko, jak igłę magnesową do północy, do własnych kierował korzyści. Podobni ludzie między sobą uważają się za rozważnych, rozsądnych i chwalą wzajemnie, Sędziwojowi od dawna polecano Rogosza za doradcę, pilnie więc słuchał, czy rady te zgodzą się z jego dążeniem. - Już kanclerz - mówił dalej Rogosz - ostygł w zapale dla króla, którego na tronie posadził. On widzi, że nieprzyjaźni i włoskie posły rosną w siłę; jemu dają do zrozumienia, że obejdzie się korona bez tarczy i podpory jednego magnata. Bo u nas nie tak, jak w Niemczech, wszystko się dzieje na opak, ile panów, tyle stronnictw, każdy ciągnie niewodem - a człek rozsądny łowić może. Nowatorstwo słabe, jedni je krwią i życiem gotowi karmić, a drudzy już je rozcierają jak owad nogami. - I to uda im się łacniej, jak gdziekolwiek bądź. Lud cały nie znaczy nic, uboga szlachta ufa doradcom króla, tylko mieszczanie podnoszą głowy i niektórzy panowie, szczególniej na Litwie. Dałby Bóg! kto ma oczy i uszy dobre, to samym językiem dobrze się teraz pokieruje. I tobie radzę, wracaj do Krakowa. - I po co? - rzekł wolno Sędziwoj - abym patrząc na wyuzdaną dumę Zborowskich, Górków, Zebrzydowskich lub na intrygi Włochów i ich posłańców, bezczynny świadek spólnych nieszczęść, z cudzymi zbrodniami rachował własne zyski? - Pozostaw mnie tutaj. Pogrążony w nauce, już nie zdołam się od niej oderwać. Tam nic bym nie zdziałał. Nieznany, nieobznajmiony z krzątaniem się około zawieruchy publicznej, musiałbym być narzędziem, a narzędzie używa się, jak kto chce. - Jeżeli Bóg uwieńczy moją pracę, wtedy owoc jej złożę dobru powszechnemu. - Wtedy sam jeden stanę, a z drugiej strony niech szatan wszystkie myśli swoje rzuci, zobaczemy, czyja szala przeważy! - To wszystko ładne i chwalebne - odpowiedział Rogosz, popijając winem, aby zasłonić szyderski uśmiech, którym usta wykrzywił - to wszystko piękne, ale to są sny czuwającego. Muru głową nie przebijesz: świata nie poprawisz, uważaj go takim, jakim jest i korzystaj z niego jak drudzy. Bo co do twojej alchemii, pamiętaj, iż blisko już trzy wieki jak bulla papieska "Spondent quos non exhibent..." oznajmiła, co o tym szalbierstwie trzymać należy... - Ja tam o tym nie wiem, wierzę tylko, przypatrzywszy się naszym alchemikom, iż cała ich nauka jest, jak prawdziwie rzekł kardynał Perronius, zalotnica, która wszystkich zaprasza, a potem wyśmiewa; sztuka bez sztuki, która w duszę wlewa namiętności, potem zmusza do kłamstwa, a doprowadza do żebraczej torby albo do haniebnej śmierci. - Każda sztuka u was - dodał z pogardą Sędziwoj - jest szalbierstwem, kiedy nie możecie zawczasu wyrachować, ile wam groszy praskich na dzień przyniesie w zysku; dla tych alchemia słusznie jest zalotnicą, co ich wyśmiewa... - A któż by ci przeszkadzał przy innych zatrudnieniach zajmować się czasami alchemią - przerwał nieurażony Rogosz - to tylko zasmuca twoich przyjaciół, iż wszystkie godziny życia temu bałamuctwu poświęciłeś. Mówmy ze sobą otwarcie: przyjaciele twoi widzą, iż masz głowę i pilność po temu i dla dobra twego radzą ci wyjść dobrze. - Majątek twój tą nauką i zagraniczną włóczęgą jest zbyt nadwerężony, abyś się nie miał chwycić czego obcego. Wróć się tylko do Lwowa lub Krakowa. Niemało jest wielkich panów, którzy cię wesprą: przecież pomyślą, nie na próżno tak długo siedziałeś w ojczyźnie Zwingliego i Karlsztadta; oni cię całą siłą wesprą, tam potrzeba ludzi. Możesz się bogato ożenić; honory, powaga, wszystko spłynie zarazem; a wtedy trudnij się i czarnoksięstwem, nie tylko alchemią, Jeszcze żaden szlachcic u nas nie spłonął na stosie, chociażby był sam Simonides Magus. - Tak! - rzekł Sędziwoj z goryczą. - Masz prawo wszystkie moje cele i żądze kierować do pieniędzy, wszakże złota tylko żądam, nad zdobyciem go pracuję i tyle mu już poświęciłem! A jednak nim gardzę! Nieszczęśni ludzie, których trawi nieograniczona żądza miłości, jakiej nawet nazwy nadać nie umieją! - świat im zapłaci nienawiścią. Pierwej, nim poznałem świat, ukochałem naukę i oddałem jej się całą duszą; jeszcze serce zostało czcze, nie zajęte i silne domagało się o swój udział; teraz poznałem Adelę i miłość kochanki stopiła się z miłością nauki w jeden płomień, który mnie pożera, tak iż rozłączyć bym go nie zdołał. Dziś, kiedy sam upadłem w labiryncie myśli i bliskiego rozpaczy nadzieja odstępowała, wzdychałem na próżno za żywym słowem nauki, aż niespodzianie ujrzałem mistrza. Od tej chwili on wszystkie myśli moje zajmuje.
odzież Ledapol |
||||||
| « poprzedni artykuł |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


