Sędziwoj - Złoty bocian |
|
|
|
| Autor: Dziekoński Józef Bohdan | ||||||
| 02.12.2008. | ||||||
Strona 4 z 4 W czasie tych rozmów
słońce już się zbliżyło ku zachodowi; młodzieńcy opuścili gospodę.
Sędziwoj miał się jeszcze tegoż wieczoru udać do zamku Wardstein, aby
obaczyć Adelę, odetchnąć w jej rozmowie. Na próżno Rogosz odradzał mu,
widząc, iż wzbudza tylko niechęć, zamilkł. Myśl Sędziwoja zapełniona
tylko była obrazem Kosmopolity.
- Dziwna rzecz - rzekł wreszcie - od pierwszego spostrzeżenia tego człowieka tylko o nim ciągle marzę. Postać jego czarami zaciera w mej pamięci rysy kochanki. Jakiś głos wewnętrzny powtarza mi, iż los mój związany jest z losem jego. Przeczucie nie zawodzi mnie, to jest mistrz z tego potężnego bractwa, o którego bytności jeszcze tylu ludzi wątpi. ***** Ja nie opuszczę go, dopóki mnie nie przyjmie... - Za swego ucznia - dokończył ze złośliwym śmiechem Rogosz. - Będzie to spełnieniem moich najgorętszych życzeń! - odparł Sędziwoj. - Otóż masz, do czego cię prowadzi ten szalony zapał. Święte to są słowa owego uczonego: "Nieszczęśliwe umysły, które się kwadraturą koła, machiną wieczystego ruchu i kamieniem filozoficznym zajmują." Otóż masz owe przeznaczenia, tajemne pociągi, mimowolne działania, natchnienia i tym podobne wierutne bałamustwa. - Jeszcze ty! szlachcic, potomek Sędzimirów, gotów jesteś zostać służącym włóczęgi, niemieckiego szarlatana! A co na to bracia szlachta wyrzekną! Powiedzże, czy nie poniża to godności i niezaległosci człowieka, za którymi obstajesz, owe zdawanie się na los i wierzenie w przypadki? Nie byłżebym sam godny litości, gdybym czynił to, czego nie mam zamiaru? Sędziwoj już ostatnich słów przyjaciela nie słyszał, bo na zakręcie ulicy, gdzie się mieli rozejść, ujrzał nagle o parę kroków przed sobą Kosmopolitę. Na tle czerwonej łuny nieba na zachodzie poważna jego postać wydała mu się kolosalnej budowy. Rysy jego pogodne, spokojne, postawa niewzruszona, miały w sobie coś nadludzkiego. - Cudzoziemcze - rzekł do Sędziwoja - idziesz do zamku Wardstein, wieczorem, tym bardziej w nocy, drogi niebezpieczne. Przyjmij ostrzeżenie, nie chodź sam. Nim Sędziwoj zdołał odpowiedzieć, zapytać się, co mu grozi, już się oddalił. Rogosz tym zjawieniem się również uderzony, upokorzyć się przed sobą musiał, czuł bowiem, iż nie śmiałby oskarżyć w oczy tego, którego z jakiegoś instynktu nienawidził. A dla zagłuszenia siebie, szydząc z Sędziwoja, uniesiony zapałem, ofiarował mu się towarzyszyć do zamku Wardstein, aby jak twierdził urządzone zawczasu szalbierstwo Kosmopolity odkryć i zdjąć urok z przyjaciela, lecz Sędziwoj zawołał: - Ja teraz przypominam sobie, jak dzieckiem jeszcze będąc, widywałem tego człowieka. I tutaj już nieraz go widziałem - a to we snach moich. Każdy rys jego twarzy, dźwięk głosu, wszystko mi znajome! Nie słyszałeś? On najczystszą polską mową teraz się do nas odezwał. Rogosz zniechęcony, miotany tajemną obawą, któremu wstyd nie pozwalał cofnąć się, postępował po kamienistej drodze i milczał. ________________________ * Piwo i wino były jedynymi w ówczesnych karczmach używanymi trunkami; wódkę brano tylko u aptekarzy i cyrulików, jakkolwiek już w powszechniejsze użycie poczynała wchodzić. Dziwną jest rzeczą, iż o wynalazcy tego zabójczego napoju tak dalece zapomniano, że nawet nie wiemy z pewnością wieku, w którym żył; gdy tymczasem mniej więcej wiadome jest nazwisko wielkiego wynalazcy peruki albo i tego szanownego talentu, który pierwszy rozważną ręką puder sobie we włosy nasypał. Pewna jest rzeczą, iż jeszcze około 1330 roku destylacja wódki połączona była z wielu trudnościami i kosztem, dlatego od ówczesnych chemików w wielkiej zachowywana tajemnicy. Dopiero ku końcowi XV wieku weszła w Europie w ogólniejsze użycie. Pierwsze księgi, w których jest wzmianka o wódce, polecają ją jako środek zabezpieczający od wielu chorób i jako jedyny sposób zachowania piękności i młodości. W 1582 roku Urząd Municypalny w Frankfurcie n. M. zabronił jej użycia, "ponieważ cyrulicy donieśli, iż używanie jej znacznie się przyczynia do powiększenia śmiertelności". Zakaz ten z tejże samej przyczyny ponowiony został 1605 roku, kiedy rozpoczęto palić wódkę nie tylko z wina i piwa, lecz z samego ziarna, wtedy powstała ogólna wrzawa; uważano to jako nadzwyczajne znieważenie i nadużycie celu, na jaki Opatrzność obdarzyła nas zbożem. Nieraz surowe wychodziły rozkazy palenia wódki jedynie z wina lub owoców. A jednakże, niestety! - żaden trunek nie zyskał tak powszechnego przyjęcia i użycia, jak wódka pod rozmaitymi kształtami. Dzicy spod wszystkich sfer wnet się z nią zaznajomili; oddają za tę truciznę to, co im niegdyś było najdroższe, co najwięcej kochali. Od Laponii do Afryki żądza wódki jednostajnie się rozkrzewiła. W Ameryce nic ma dzikiego, którego by wódka nie zawojowała. Do jakiegokolwiek zakątku Europejczyk się dostanie, nic mu nic zjedna równie przychylnego przyjęcia - jak wódka. ** Zaburzenia - znane w historii pod nazwiskiem wojen chłopskich - wszczęły się początkowo w Wurzburskiem, gdzie niejaki Jan Bohme (inny był Jakub Bohme, mistyczny pisarz w XVI wieku), młody człowiek utrzymujący się ze śpiewania po miejscach publicznych, wystąpił jako kaznodzieja rokoszu. Opowiadał, iż Matka Boska objawiła mu, że wkrótce między ludźmi nastąpi zupełna równość. Że papież, cesarz, wszyscy panujący jednostajnie na chleb swój pracować będą musieli. Że wody, pastwiska i lasy spólną będą własnością itp. Powstańcy zgromadzili się pod Wurzburgiem w liczbie 46 000 - jednakże Bohme i naczelnicy tamże schwytani i straceni zostali. W Spirze podobnież około 1502 objawiły się oznaki powstania. Ogólny jednak wybuch nastąpił dopiero 1525 roku, w którym zebrani chłopi wysłali piśmienne przedstawienie, w którym, opierając się na Piśmie świętym, domagali się dopełnienia następujących warunków: l. Aby proboszczy sami sobie wybierali. 2. Aby dziesięciny jedynie na utrzymanie proboszczów były pobierane. 3. Aby poddaństwo było zniesione. 4. Aby polowanie i rybołóstwo nie było wyłączną własnością książąt i szlachty. 5. Aby czynsze i pańszczyzny prawami określono itd. Naturalnie, że żądania te zostały bez odpowiedzi, skutkiem czego chłopi wyciągnęli w pole. Zdobyli Wurzburg; biskup ratował się ucieczką, wkrótce zaś pobici pod Sulzdorf rozproszeni zostali. W samej Szwabii i Frankonii w skutku tego lud zniszczył lub spalił 189 zamków, 26 klasztorów, a przeszło 12000 ludzi utraciło życie. Zaraz też w Lotaryngii wieśniacy chwycili za broń, ale i tu zostali pobici. Zginęło ich przeszło 50 000 a zamiast ulgi ciężary tłoczące ich zwiększono. Po uspokojeniu tych następowały nowe krwawe powstania w Saksonii i Turyngii. Na chorągwiach i pieczęciach powstańcy używali koła od pługa -znaku ich powołania - przysięgając sobie wzajemnie pozostać nierozdzielnymi jako są sprychy w jednym kole. W tych czasach zaburzeń śpiewacy wędrowni, na wzór Jana Bohme, często występowali jako mówcy roznosząc zapał i pożar. Oświata zaczynała się stawać własnością ludu. Niemiecka szlachta, która w XIII wieku, gorliwie starannym kształceniem się zajęła, uprawiała narodową poezją, już w końcu XIV wieku zupełnie ustała w szlachetnym zawodzie, rzucając się w wir małych wojen, które w całych Niemczech buchnęły i tyle set lat grasowały. Tylko za murami miasta można było wtedy znaleźć pokój i swobodę; tam tylko mogły sztuki i umiejętności zakwitać, gdzie też i do ostatnich czasów pozostały. W tych czasach powszechnego bezrządu przyjaciele porządku, jakby z obawy od wszystko niszczącego żywiołu, tym ściślejszymi związali się prawami. I tak ludzie jednego powołania łączyli się w cechy nadając sobie stałe, niezłomne i z drobiazgową skrupulatnością wypełniane ustawy. Pod przymus ten musiały się udawać nie tylko właściwe rzemiosła, lecz i sztuki wyzwolone, aby uniknąwszy nienawistnej sobie anarchii do miast się schraniać i w nich bezpiecznie wykształcać mogły. Los ten spotkał i poezją. Ciszy i pracowici mieszczanie i rękodzielnicy miast większych, śród długich swoich wieczorów czytając piękne utwory minnesangerów, wpadli na myśl utworzenia cechu poetycko-śpiewackiego. Czujący się na siłach tworzenia nowych pieśni połączyli się osobnymi prawami i wyraźny cech założyli. Dawni minnesangerowie byli, wedle ich wyobrażeń, ich prawymi poprzednikami: dlatego to nieraz Wolframa von Eschenbach, Henryka Frauenlob i Klingsohra zwali cechu założycielami. Jednakże ci poeci złotych czasów służyli im raczej tylko za wzór formy, a nie ducha poetycznego; nie domyślali się oni, że miara wiersza, rym, muzyka nawet, nie zamienią prozy na poezją. Podobnież i treść dawnych pieśni nie odpowiadała ich dążeniom. Cechy śpiewaków zbierały się podobnież, jak inne cechy, na spólne posiedzenia, to zwano szkołami śpiewu. Najznakomitszy popis odbywał się z wielką uroczystością w norymberskim kościele Świętej Katarzyny, gdzie zwycięzcy otrzymywali nagrody. W innych miastach Niemiec powoli ginęły ustawy, a w końcu i ślady meistersingerów; w Norymberdze jednak jeszcze w początku XVIII wieku popisy się odbywały. Tam jeszcze utrzymała się sława Hans Sachsa, prawdziwego poetyckiego talentu z pierwiastkowej epoki owego cechu. *** Myliłby się, kto by rozumiał, iż reformacja, walcząc przeciwko przesądom, zniosła zarazem okropne prześladowania, na jakie wszyscy posądzeni o czarodziejstwo niegdyś wystawieni byli. Ani urodzenie nauk w XV i XVI wieku, ani reformacja niezdolne były wytępić głęboko wkorzenionych wyobrażeń o czarodziejstwie i wpływie złych duchów na ludzi i naturę. Wiara w czarnoksięstwo utrzymywała się tak pomiędzy protestantami, jak i katolikami, i jeszcze w 1780 r. spalono w Glarus w Szwajcarii publicznie jednę mniemaną czarownicę. - U nas by może, niestety! równie późnego barbarzyństwa ślady dały się wynaleźć. **** Gdy mistycyzm średnich wieków zaczynał czasami zwracać się z prawdziwej drogi i w naukach zwanych tajemniczymi (scientiae occultae) oddalał się od dogmatów lub jakieś nowe siły przyrody okazywał, wtedy Watykan rzucał piorunami bulli, jedynym sposobem wstrzymania popędu; mimo to jednak nieraz sami kapłani z zapałem poświęcali się wyklętym praktykom, które wszystkich tak złotą łudziły nadzieją. Pierwszą i najsławniejszą tego rodzaju bullą jest owa groźna, 1317 r. przez Jana XXII rzucona, znana pod nazwą: "Spondent quos non exhibent", którą tu w skróconym tłumaczeniu dla ciekawych umieszczam: "Nędzni alchemicy obiecują, czego wypełnić nie są w stanie! Jakkolwiek uważają się za mędrców, jednakże wpadają w jamy pod drugimi kopane. W śmieszny sposób udają się sami za mistrzów alchemii, gdy tymczasem zdradzają swoją niewiadomość ciągłym tylko odwoływaniem się do dawniejszych pismaków. A chociaż nie odkryli tego, czego tamci nie znali, nie tracą przecież nadziei wynalezienia tego w przyszłości. Sprzedają fałszywe metale za złoto i srebro, i sami to jeszcze obwołują. Godne kary ich zuchwalstwo posuwa się do bicia fałszywej monety, celem oszukiwania drugich. Rozkazujemy, aby podobnego rodzaju ludzie na zawsze z kraju wygnani zostali; podobnie ci, którzy fałszywe złoto i srebro robić sobie każą lub jakimkolwiek bądź sposobem oszustom w pomoc przychodzą, mają równą co do wagi ilość prawdziwego złota lub srebra na korzyść ubogich złożyć. Ci zaś, którzy wyrabiają sprzęty z fałszywych metali, pozbawionymi czci być mają. Gdyby majątek przestępcy nie wystarczał na zaspokojenie kary pieniężnej, kara ta, wedle zdania sędziów, na inną odpowiednią zamienioną być winna. Jeśliby osoby duchowne winnymi tegoż występku okazały się, wcale ich oszczędzać nie należy; owszem, duchownej godności pozbawieni, powrót do niej na zawsze im ma być wzbroniony." Jednakże pomimo tak surowej bulli, alchemiści wkrótce dowieść usiłowali, że sam Jakub Ossa (późniejszy papież Jan XXII) nie tylko w Awinionie stał się zwolennikiem alchemii, lecz nawet autorem rozprawy alchemicznej pod tytułem Ars transmutatoria. Aż do niezbyt dawnych czasów alchemicy wystawieni byli na tysiączne prześladowania, które dopiero z wolna, z niknięciem wiary w zwodniczą naukę, ustawały. Skoro tylko wieść rozeszła się o jakimś sławnym adepcie, wnet możni na wyścigi starali się złowić go, aby potem obietnicami lub torturą tajemnicę wymóc. Niepodobna byłoby tu wyliczyć nawet głośniejszych z tych długich i poniżających żądzę i chciwość możnych procesów. Szarlatanów, którzy odważnie i z różnym szczęściem chciwość tę na swą korzyść podsycali, najczęściej śmierć haniebna na pozłacanej szubienicy była udziałem. Tak np. kardynał Richelieu kazał, przez obrażoną podejściem dumę, powiesić niejakiego Dubois - udającego się dość długi czas przy dworze za adeptę. Sławny swojego czasu hrabia Mamugo de Bragadino po długim zawodzie pełnym sławy, zawiodłszy nadzieje wielu książąt niemieckich, zbyt łatwowiernych, powieszony został w r. 1590 w Munichu. Ostatnim z podobnych nieszczęśliwych szarlatanów był niejaki Don Dominico, Manuel Caetano, conte de Rugiero, Neapolitano, bawarski feldmarszałek, jeneralny dyrektor arsenałów, radca stanu, pułkownik swego pułku, komendant Munichu, pruski jenerał major etc., etc., obdarzony tytułami, honorami, w końcu r. 1709 w Berlinie, z rozkazu króla pruskiego, na pozłacanej szubienicy powieszony został. (Przyp. aut.) ***** W końcu XV i na początku XVI wieku niespodzianie poczęła się szerzyć pogłoska, jakoby istniało jakieś tajemne towarzystwo posiadające całą, tyle sławioną, mądrość Wschodu razem z jej potężnymi zastosowaniami. Towarzystwo to zwało się bractwem różowego krzyża. Niejakiś Rosenkreutz, tak twierdzili zwolennicy bractwa, podróżował po Wschodzie w roku 1378 i tam został wtajemniczonym do nauki mędrców. Po powrocie swoim kilku miał do tajemnicy przypuścić. Objawienie tych tajemnic dopiero miało być znalezione w grobie jego r. 1604. Zawierały one sposób robienia złota, przedłużenia życia do nieskończoności i sposoby wchodzenia w związki z duchami. Tajemnice te pod pieczęcią przysięgi jedynie najgodniejszym powierzone były i ci stanowili bractwo różowego krzyża. Nie brakło wielu łatwowiernych, którzy całej tej bajeczce największą dawali wiarę. Prawdziwym twórcą, czyli założycielem różowego krzyża, ma być niejaki Walentyn Andrea, uczony teolog żyjący w Wirtemberskiem na początku XVI wieku. Z pewnością nie da się nic w tej mierze powiedzieć, ponieważ wielu mniemanie to zbija, różne przywodząc dowody. Niektórzy Walentina Andrea uważają tylko za odnowiciela niegdyś przez Agryppę z Nettesheim założonego tajemnego związku. Zdaje się, iż wszechstronnie ukształcony i prawy człowiek, jak się z licznych i nieraz bardzo zajmujących pism jego pokazuje, ubolewając nad poniżeniem religii, do jakiego ją czcze rozprawy scholastyczne doprowadziły, usiłował tym cokolwiek mistycznym sposobem przywrócić jej dawną siłę i czystość. Jakkolwiek bądź, to tylko jest pewna, iż związek różowego krzyża po nagłym objawieniu się za pomocą niezliczonych pism również szybko wpadł w zapomnienie i tylko długo jeszcze od szarlatanów i mniemanych adeptów do rozlicznych oszukaństw używany bywał. W ostatniej połowie ubiegłego stulecia na nowo rozprawiać poczęto o trwaniu tajemniczych mistycznych związków, a pomiędzy innymi o iluminatach i różowym krzyżu, do czego niemało przyczyniło się zwinięcie zakonu jezuitów, ich tajne intrygi, a zarazem zjawienie się tak zwanego hrabiego Cagliostra; jednakże i to rozchwiało się wkrótce, a świat przejrzał wskroś ową mglistą budowę.
odzież Ledapol |
||||||
| « poprzedni artykuł |
|---|
| Menu witryny | |||
|---|---|---|---|
|
| Logowanie |
|---|
| Polecane linki | |||
|---|---|---|---|
|


